Jego widok
nie wywarł na mnie większego wrażenia. Mało tego, cieszyłem się, że nas
zobaczył. Jego mina była nagrodą…nagrodą za tak długie oczekiwanie,
wynagrodzeniem za ten triumfujący uśmiech, który musiałem oglądać przez
ostatnie tygodnie. Teraz to ja byłem zwycięzcą, ja wygrałem. Co prawda Beards
przez cały ten czas zdawał sobie sprawę, co łączy mnie i Katherine, dlatego
wciąż dawał mi do zrozumienia, że nie mogę jej mieć, że nie możemy być razem.
Wiedział, że to mnie zrani i w pewien sposób osłabi. Pocałunek, który zobaczył
był kolejnym dowodem na to, że znów się mylił, że znów poniósł klęskę.
Niestety
Katherine nie odczuwała tego tak samo jak ja. Wcale mnie to nie zdziwiło. Będąc
jeszcze wciąż w moich ramionach dziewczyna cała zesztywniała i przerażona
otworzyła szeroko oczy. Co chwila otwierała usta, jakby chciała coś powiedzieć,
ale od razu je zamykała. Nic nie mogła zrobić i doskonale to wiedziała.
Niestety Dreak był zdolny zrobić coś tak chamskiego, był w stanie rozgłosić tą
nikomu niepotrzebną informację o gwałcie na Katherine. Już dużo wcześniej
postanowiłem, że zrobię wszystko, aby tego nie odczuła, aby była szczęśliwa,
uśmiechnięta, bezpieczna.
Dreak
zrobił krok na przód, a ja natychmiast zastąpiłem mu drogę do Kath, zasłaniając
ją swoim ciałem. Wyczułem, że jest bardzo spięta, zacisnęła ręce na mojej
koszulce i starała się uspokoić przyspieszony oddech. Śledziłem dokładnie
reakcję Beards’a i przygotowałem się na odparcie ataku. Stał w odległości jakiś
trzech metrów, co po chwila zaciskając ręce w pięści. Jednak atak nie nastąpił.
Dreak odwrócił się i szybkim krokiem ruszył do wyjścia. Wyprostowałem się i
patrzyłem za nim oniemiały. Sprawiał wrażenie nie tylko złego, ale jakby…obrażonego.
Nagle Katherine
puściła mnie i rzuciła się do przodu. Na szczęście zdążyłem ją złapać i objąć
rękoma tak, aby nie mogła się wydostać. Zaczęła się wyrywać i szarpać.
Zaskoczyło mnie to, że ma tyle siły. Odwróciłem ją twarzą do siebie i położyłem
ręce na jej ramionach. Dopiero teraz zobaczyłem łzy błyszczące na jej
zaróżowionych policzkach.
-Kath, co
ty robisz?- zapytałem spokojnie.
Znów szeroko
otworzyła oczy, była przerażona. Zaczęła dygotać.
-Dreak…-wyszeptała.-…widział
nas.
-Katherine…-zacząłem.
-Nic nie
rozumiesz!- wybuchła.- On mnie kocha! Powiedział mi to!
Patrzyłem
na nią nie wiedząc już, co mam myśleć. To wszystko wydawało się po prostu
chore. Dreak? Kochać? Prawie się zaśmiałem. Zdołałem jednak to powstrzymać. W
ogóle byłem nadzwyczaj spokojny. Może wciąż byłem pod wrażeniem naszego
pocałunku? Nagle dziewczyna zaczęła mnie ciągnąć i mówiła przez łzy:
-Shane,
musimy iść za nim! Wiem, że on zrobi sobie coś złego! Na pewno zrobi coś
głupiego!
-To Beards-
powiedziałem spokojnie.- on często robi coś głupiego.
Spojrzała
na mnie z wyrzutem tak, że poczułem się jak największy dupek na świecie, a
potem znów była przerażona.
-Shane,
proszę…- załkała. Po jej policzkach cały czas płynęły łzy.
Nie
chciałem, aby cierpiała. Nie chciałem widzieć jej łez, dlatego musiałem zrobić
to, o co mnie prosiła. Złapałem ją za rękę i pociągnąłem w stronę swojego auta.
Robiłem to tylko i wyłącznie dla niej. Gdy wsiedliśmy do samochodu od razu
kazałem zapiąć jej pasy. Już miałem odpalić, ale jedno wciąż nie dawało mi spokoju.
Musiałem jej zadać to pytanie. Pytanie, od którego tyle zależało. Nie chciałem
myśleć, co by było gdyby powiedziała „tak”. Co bym dalej zrobił? Jakim
człowiekiem bym się stał? Jakbym zareagował? Zacisnąłem ręce na kierownicy starając
się opanować.
-Kochasz
go?- zapytałem jeszcze mocniej zaciskając dłonie i spinając całe ciało, jakbym
przygotowywał się na śmiertelny cios.
-Nie-odpowiedziała
krótko, ale dobitnie.
To mi
wystarczyło. Odpaliłem.
Katherine
Minęło jakieś pół godziny. Przed domem Dreak’a
nie było jego samochodu. Pomyślałam sobie, że może poszedł pieszo…ale przecież
wtedy, gdy odszedł, słyszałam, jak odpalał silnik. Chcąc nie chcąc, zaczęłam
jeszcze bardziej dygotać.
-Pojechał w
drugą stronę.- stwierdził Shane głosem nie wyrażającym żadnych emocji.
Wiedziałam,
że Beards nic dla niego nie znaczył. Sama nie byłam pewna, czy dla MNIE coś
znaczył. Ale w końcu martwiłam się o niego… Kiedy Shane zadał mi tamto pytanie odpowiedź
była dla mnie jasna. Nie kochałam Dreak’a i wiedziałam, że to się nie zmieni.
Jednak w pewien sposób zależało mi na nim. Odkąd powiedział mi, że mnie kocha,
zaczęłam mu nawet współczuć, ale nie potrafiłam obdarzyć go miłością.
Kiedy
zobaczyłam w jego oczach tą iskrę smutku i szaleńczej złości wiedziałam, że nie
poprzestanie na zdemaskowaniu mojego sekretu. Miałam przeczucie, że stanie się
coś złego. Już nie chodziło tylko o mnie. Byłam taka zdenerwowana, że niemal
traciłam kontakt z rzeczywistością. Wydawało mi się, że moja twarz stała się
dziwnie ciężka i sztywna, a przed oczami, zaczęło się robić ciemno.
Z tego
stanu wyrwał mnie odgłos karetki przejeżdżającej gdzieś niedaleko. Zadrżałam. Zaczęłam
się rozglądać dookoła i w końcu zobaczyłam w oddali migające niebieskie
światła.
-Jedź za
nią.- powiedziałam.
Shane
przyśpieszył, a ja starałam się zachować przytomność. Przecież to nie musi być Dreak. W Little Rock jest mnóstwo wypadków, no
i mieszka tu wielu ludzi, może akurat komuś coś się stało, na pewno nie jemu.
Moje obawy same zaczęły się układać w najczarniejsze scenariusze. Wkrótce jeden
z nich stał się rzeczywisty.
Shane
widząc, że sięgam rękami do klamki natychmiast zahamował. Nawet nie wiedziałam
kiedy zdążyłam odpiąć pasy. Nie bardzo wiedząc, co robię wybiegłam z samochodu.
Znajdowałam się w stanie dziwnego otumanienia, pół-snu, koszmaru. Wymijałam
samochody zapominając o tym, że znajduje się na ulicy. Interesowała mnie tylko
jedna osoba. Ktoś złapał mnie wpół, ale zdołałam się wydostać i biegłam dalej.
Byłam już blisko. Widziałam kałużę krwi, ciało w połowie przygniecione
samochodem, jego włosy, jego twarz…
Uklękłam
przy nim. Oczy miał szeroko otwarte. Z jego ust też spływała krew, która po chwili
zmieszała się z moimi łzami. Obok mnie ktoś uklęknął. Usłyszałam głos Shane’a,
ale go nie rozumiałam. Dreak próbował coś powiedzieć dławiąc się swoją krwią,
próbowałam unieść jego głowę, ale bezskutecznie. Już nie panowałam nad
drżeniem. W końcu odkaszlnął i nabrał powietrza.
-To był ON,
Katherine. To był ON.
Drżenie
ustało. Zrobiło się ciemno. Utonęłam.
***
Jak widzicie rozdział baaaardzo krótki. Kończy pierwszą część So close, so far. Na drugą zapraszam was na http://polishberry.blogspot.com/
Strona jest jeszcze w remoncie, a pierwszy rozdział drugiej części powinien pojawić się w niedzielę za trzy tygodnie. Będą tam też dostępne moje inne opowiadania. Dziękuje wam za wszystkie komentarze i za to, że czytacie moje wypociny:) Już niebawem zobaczycie więcej efektów mojej, jeszcze niedoskonałej, twórczości. Dziękuje wam!:*
niedziela, 27 stycznia 2013
Rozdział czternasty
Shane
Nawet nie
zauważyłem, że jesień zaczęła się już na dobre. Wszędzie było pełno liści,
które w blasku porannego słońca zdawały się być jeszcze bardziej niezwykłe, a
ich barwy stawały się żywsze. Od razu pomyślałem o jej długich włosach w
kolorze głębokiego brązu, o tym, że jeszcze niedawno ich dotykałem, że czułem
ich świeży zapach.
Nie
widziałem się z Katherine jeden dzień. Jeden, najdłuższy w moim życiu dzień. Co
prawda mógłbym iść do kościoła, co ona zwykła robić w każdą niedzielę . Problem
w tym, że nie wiedziałem, o który chodzi. W Little Rock było ich sporo. Poza
tym ledwo przekroczyłbym próg, a pastor już by mnie stamtąd wygonił, wyzywając
od diabłów, szatanów czy innych takich…
Prawda była
taka, że naprawdę ją kochałem. Ja, Shane Redson, zakochałem się. Już niczym
tego nie tłumaczyłem, nie mogłem. Niestety nawet gdybym chciał, nie mógłbym się
z tym obnosić. Powód miał imię i nazwisko: Dreak Beards. Szczerze mówiąc nie do
końca rozumiałem Kath. Przecież Dreak mógłby rozpowiedzieć, że została
zgwałcona. Nikt by jej nie ubliżał z tego powodu. Ale może trzeba być po prostu
kobietą, żeby to zrozumieć? W każdym razie dziewczyna nie chciała, by to wyszło
na jaw, a skoro ona nie chciała, to i ja nie chciałem. Nie mogłem jej tego utrudniać,
choć nie raz kusiło mnie, aby ją poprosić, żeby zerwała z Beards’em. Tak, byłem
strasznym egoistą.
Nagle
zobaczyłem w oddali upragniony widok: czarnego jaguara Nathana. To nic, że nie
mogłem publicznie okazywać swoich uczuć Katherine. Chciałem się z nią chociaż
przywitać. Rozejrzałem się wokoło: Beards’a ani śladu. Zwróciłem wzrok z
powrotem na auto, które było już na parkingu. Niestety dziewczyny nie było w
środku.
-Jak tam?-
zapytał Nathan wychodząc z samochodu. Przywitaliśmy się tradycyjnie.
-Gdzie
Kath? Jedzie dziś autobusem?- zapytałem od razu. Nathan westchnął.
-No właśnie
stary. Musimy pogadać.- powiedział ciężko.
-A co się
stało?
-Nic,
chyba…
Naprawdę
lubiłem Nate’a, ale czasami doprowadzał mnie do szału. W dodatku teraz chodziło
o dziewczynę, którą kochałem. Nie mógł przejść od razu do rzeczy?
-Co jest?-
zapytałem zniecierpliwiony.
Widać było,
że mój przyjaciel się waha, ale klamka zapadła. Jak już zaczął, niech skończy.
-No…ehm…czy
ty, czy wy…?
-Nie.-
odpowiedziałem stanowczo.
-A…zrobiłeś
jej coś czy…?
-Ale w
sensie?
-No wiesz…
-Nie, nie
wiem. Nie mam pojęcia o czym ty do mnie mówisz. Nie spałem z Katherine, nic jej
nie zrobiłem, ale powiedz do cholery o co ci chodzi?!
Nathan
wyglądał na zaskoczonego. Może to dlatego, że jeszcze nigdy aż tak się na niego
nie uniosłem?
-Mi o nic,
ale jej chyba… coś nie pasuje.
-Jak to?-
zdziwiłem się.
-No wiesz,
niby jest jej niedobrze i dlatego nie chciała iść do szkoły, ale ja widzę, że
coś jest nie tak. W ogóle nie chce ze mną gadać, więc myślałem, że może ty…
-Nie. Ale
jak będzie chciała, to pewnie ci powie.
Byłem już myślami daleko stąd, w pokoju
Katherine. Zastanawiałem się, co teraz robi i jaki jest prawdziwy powód jej
nieobecności. Może rzeczywiście jest chora? A może to przez tego skretyniałego
Beards’a. No chyba, że przeze mnie, co już w ogóle wydawało mi się absurdalne.
Nagle uświadomiłem sobie, że powiedziałem Nathanowi coś, czego nie powinienem.
-Powie
mi…-mruknął podirytowany, a już po chwili zmarszczył czoło i dodał- Ale o czym?
-Cholera.-wyrwało
mi się.
-Tobie
powiedziała?!- oburzył się.- Przecież ja jestem prawie jej bratem, a ty jesteś
tylko…no…
Długo
szukał odpowiedniego wyrazu, ale długo nie mógł żadnego znaleźć.. Sam miałem z
tym problem. Nathan doskonale wiedział, że coś dzieje się między mną a
Katherine. Nie byliśmy parą, ale zwykłymi znajomymi też nie.
-Przyjacielem.-
powiedziałem w końcu.
-Przyjacielem?-
zapytał uśmiechając się znacząco.
-Tak.
-Dobra.-
ciągnął dalej rozkładając ręce w geście rezygnacji.- Nie musicie mi nic mówić.
Tylko uważajcie, jak się zamknę w sobie.
-To ci nie
grozi, Nate.- zaśmiałem się, po czym dodałem po cichu.- Niestety.
I tak
usłyszał.
*
A więc Kath
była chora? Niee, jakoś nie chciało mi się w to wierzyć. Z resztą Nathan sam
dał mi do zrozumienia, że to raczej nie jest prawdziwy powód. Więc co jej było?
-…więc co
trzeba zastosować w tym przypadku, panie Redson?
Z rozmyśleń
wyrwał mnie głos Hale’a. No tak, byłem na matematyce.
-Muszę
wyjść.- powiedziałem stanowczo.
-A gdzież panu
się tak „śpieszy”?- zapytał szyderczo.
-Do
toalety.- odparłem kłamiąc mu w żywe oczy.
-Tak, bo ci
uwierzę, Redson.- prychnął.
Nie miałem
najmniejszej ochoty na kłótnie z nim, co było dziwne. Jednak w tamtej chwili
myślałem tylko o Katherine i chciałem jak najszybciej opuścić salę lekcyjną.
Już dawno temu obiecałem sobie, że nie będę dalej go prowokował, że nie dam mu
satysfakcji. Musiałem zrobić wyjątek.
-Tak, ma
pan rację, muszę iść na fajkę.
Powiedziałem
to maksymalnie zrezygnowanym tonem. Hale wyglądał na zdezorientowanego. W końcu
zwykle przekomarzałem się z nim, a teraz tak szybko się poddaję? Postanowiłem
nie czekać na to, co mi odpowie. Wstałem, zabrałem plecak i skierowałem się w
stronę drzwi.
-Panie
Redson, w tej chwili do dyrektora!- zagrzmiał Hale.
Nie
musiałem się nawet odwracać. Z jego tonu wywnioskowałem, że już dawno
poczerwieniał ze złości. Pomyślałem sobie nawet, że może wreszcie dam mu
spokój, ale jakoś nie mogłem się powstrzymać i odpowiedziałem szybko nawiązując
do osoby dyrektora:
-Zwykle
jaramy w tym samym miejscu.
Następnej
odpowiedzi szanownego profesora nie usłyszałem.
Oczywiście nie wyszedłem z lekcji po to, aby się naćpać, jak wszyscy
myśleli. Chciałem tylko zadzwonić. Do niej. Wyjąłem telefon i wybrałem numer.
Jeden sygnał, drugi, trzeci…
-Tak?- odezwała się cicho, miała chrypę.
Natychmiast odchrząknęła. W jej głosie było coś nie tak. Niepewność?
Strach?
-Katherine?- zapytałem głupio.
-Shane? Przecież masz jeszcze lekcje!- oczami
wyobraźni zobaczyłem jej minę i uśmiechnąłem się mimowolnie.
-Hale
pozwolił mi wyjść.- skłamałem.
-Myślałam, że on cię nie lubi.
Jej głos
brzmiał tak niewinnie…Miałem wrażenie, że rozmawiam z małą, przestraszoną
dziewczynką i za wszelką cenę chciałem ją w tamtym momencie jakoś rozbawić.
-No co ty,
przecież wszyscy mnie lubią! Powinnaś coś o tym wiedzieć.
Byłem
niemal pewien, że się uśmiecha.
-Tak, wiem.-powiedziała pewniej.- Ale nie zrywaj się więcej z lekcji.
-Mniejsza z
tym.- odparłem wymijająco.- A teraz mi powiedz.
-Ale co?
Wywróciłem
oczami, ale oczywiście ona nie mogła tego zobaczyć.
-Katherine…-zacząłem.
-Wszystko w porządku.- powiedziała szybko
przerywając mi.
-No dobra…a
teraz wersja prawdziwa.
-Naprawdę wszystko jest ok.- nawet przez
telefon była złą aktorką.
-I dlatego
tak ci się głos łamie?
-Nie łamie się.- zaprzeczyła.
-A mam
przyjechać i to sprawdzić?
-Nie!- krzyknęła, a ja natychmiast
odsunąłem telefon od ucha. Po chwili dodała spokojniej.- Nie musisz, Shane, naprawdę.- brzmiało to niemal jak prośba.
-Czyli jednak
coś jest na rzeczy.- stwierdziłem.- Będę o czwartej.
-Nie!- krzyknęła znowu.- Wtedy Dreak będzie u mnie.
Zacisnąłem
pięści ze złości. Wiedziałem, że Katherine go nienawidzi, ale myśl, że spędza z
nim czas, że z nim jest…
-Piąta?-
zapytałem przez zaciśnięte zęby. Nie ważne co by mi odpowiedziała. I tak bym
przyjechał.
-Ok.- odparła ledwo dosłyszalnie.
-No to…do
zobaczenia.
-Do zobaczenia.
Mimo, że
już zakończyliśmy nie chciałem się rozłączać. Wsłuchiwałem się w jej miarowy
oddech, co znaczyło, że ona również jeszcze się nie rozłączyła. Zamknąłem oczy
i wyobraziłem sobie, że jest przy mnie. Nie miałem pojęcia, ile czasu to
trwało. Nawet gdyby zadzwonił dzwonek, pewnie bym się nie rozłączył.
-Shane?- zapytała cicho.
-Tak?-
prawie wykrzyknąłem.
-Dziękuje.
Poczułem,
że w tym jednym słowie, jest zawarte więcej emocji niż ktokolwiek mógłby sobie
wyobrazić. Jedno głupie słowo, tyle znaczące.
-Nie masz
za co, Kath.- powiedziałem i poczułem, że muszę jej powiedzieć coś jeszcze. Dwa
słowa pasowały mi tutaj idealnie i miałem gdzieś, że jest jeszcze za wcześnie,
ale nie chciałem zrobić tego w taki sposób, nie przez telefon.- Zależy mi na
tobie.- powiedziałem w końcu.
-Mi na tobie też.- powiedziała po chwili.
Rozłączyła
się, ale jej wyznanie jeszcze długo krążyło w moich myślach. Byłem ciekawy, czy
ona też tak to odebrała, czy myślała tylko o tym. Kilka słów, które tyle
zmieniają, które tyle wnoszą. No bo kto by pomyślał, że Shane Redson wraca na
matematykę z własnej woli, z najgorszym, najbardziej irytującym nauczycielem
świata, który w dodatku go nienawidzi. Z uśmiechem wszedłem do klasy patrząc na
te wszystkie zdziwione twarze w tym jedną, po prostu rozbrajającą.
Katherine
-On cię szuka…
-Zgadza się.
-Ale nie wie gdzie jesteś.
-Wątpię, ten cały Terry znalazł mnie bez problemu.
A skoro Terry znalazł mnie bez problemu to i
mój ojciec może.- dopowiedziałam w myślach. Odkąd dowiedziałam się, że mój
ojciec znów jest na wolności praktycznie nie wychodziłam ze swojego pokoju.
Nawet nie można było tego nazwać strachem. To była obsesja. Bałam się nawet
patrzeć w okno, tego, że siedzi gdzieś w krzakach. Za każdym razem, gdy ktoś
krzyknął, zaczynałam dygotać, choć zwykle byli to bawiący się Adrew i Jason.
Nigdy tak się nie bałam. Każdy krok, każdy dźwięk…wszystko mnie przerażało.
Wiedziałam, że moja mama się dowie, to była tylko kwestia czasu. Może i zachowa
więcej zdrowego rozsądku niż ja, ale też będzie podenerwowana i zmartwiona.
Chciałam jej tego oszczędzić na jakiś czas. Była szczęśliwa z Bradem.
-Nie dopuszczę
go do ciebie.- powiedział stanowczo Dreak.
Naprawdę
czasem, a raczej często zachowywał się jak świnia, ale w tej chwili był po
prostu przyjacielem, a takich chwil było niewiele. Tylko jemu mogłam powiedzieć
całą prawdę, tylko jemu mogłam całkowicie się zwierzyć.
-Prędzej
czy później…-zaczęłam, ale mi przerwał.
-Po moim
trupie.
Pozwoliłam
mu przytulić się do siebie, nie odpychałam go. Czułam się przy nim bezpiecznie,
w końcu dwa razy uratował mi życie.
-Katherine,
jest coś o czym chciałbym ci powiedzieć.- powiedział nagle
-Tak?-
zapytałam zaciekawiona i miałam nadzieję, że nie miał zamiaru powiedzieć tego,
o co go podejrzewałam.
-Pamiętasz,
jak cię wtedy pocałowałem?- zapytał niepewnie. A jednak.
Byłam
zakłopotana. Po raz pierwszy widziałam Drake’a takiego. Takiego, czyli zupełnie
innego. Wyglądał jak jakiś mały bezbronny chłopiec. Spoglądał na mnie
nieśmiało, wiercił się niespokojnie wyczekując mojej odpowiedzi. Miałam ochotę
znów go przytulić. Niestety wiedziałam, jakie będą skutki tej rozmowy.
-Tak,
pamiętam. Nie martw się, wiem dlaczego to zrobiłeś. Chciałeś mi dodać otuchy i
w ogóle…- powiedziałam próbując ukazać to w innym świetle. Nie chciałam, żeby
ten pocałunek oznaczał coś innego.
-Nie,
Katherine.- powiedział pewnie, po czym przełknął ślinę.- Zrobiłem to…zrobiłem
to, bo ja…ja…Kocham cię, Katherine.
Zrobiło mi
się dziwnie gorąco, ale nie było to przyjemne. Wiedziałam co będę musiała mu
odpowiedzieć i zdawałam sobie sprawę, że on oczekuje czegoś innego.
-Dreak, ty…mówisz
serio?- spytałam zakłopotana. Miałam nadzieję, że tylko się zgrywa.
-Tak.-
odparł krótko.
-Dreak,
ja…niestety…ja nie czuję tego samego.- powiedziałam roztrzęsiona.
-Może
jednak. Daj mi szansę Katherine, proszę.- wyszeptał błagalnie.
Patrzyłam
prosto w jego iskrzące się oczy. Dreak był na swój sposób atrakcyjny. Nie
chodziło mi nawet o to, że był kompletną świnią. Zabolało mnie to, że gdyby nie
moja „metamorfoza” pewnie nawet nie przyczepiłby się do mnie w szkole. Wtedy,
po tym całym zajściu z moim ojcem, prawie wcale na mnie nie patrzył, a jeśli
już to z czystą niechęcią. Zdawałam sobie sprawę, że jeśli rzeczywiście coś do
mnie czuje, to tylko dlatego, że mu się spodobałam, że byłam dla niego
atrakcyjna. Może gdyby nie ten fakt no i gdyby nie Shane…
Dreak
widział po mojej minie, że na pewno nie dam mu szansy i żeby to zmienić
pochylił się nade mną i w tej właśnie chwili, w drzwiach stanął Shane. Jak
zwykle na jego widok serce zabiło mi mocniej, choć teraz z nieco innego powodu.
Już się bałam, że rzuci się na Beards’a, ale zrobił coś innego, coś, co bardzo
mnie zabolało. Popatrzył w moje oczy ze smutkiem i odszedł nic nawet nie
mówiąc. Na początku myślałam, że wybuchnę płaczem albo że za nim pobiegnę, ale
zobaczyłam triumfujący uśmiech Dreak’a i
smutek ustąpił miejsce wściekłości.
-Odsuń
się!- wrzasnęłam na niego zrywając się z łóżka.
-Ja
tylko…-zaczął zaskoczony.
-Powiedziałam,
że nie! Nic do ciebie nie czuję!
Nagle jego
twarz zupełnie się zmieniła. Zamknął usta, cały poczerwieniał ze złości. Wstał
sztywno i wycedził przez zaciśnięte zęby:
-A więc
wolisz takich bogatych gnojków jak Redson?
-Shane jest
zupełnie inny!- wykrzyknęłam nie mogąc opanować wściekłości.
-Tak,
oczywiście skarbie. Szkoda tylko, że nie możecie być razem. W końcu nasza umowa
nadal obowiązuje!
I wyszedł
szybko z mojego pokoju, a ja nawet nie zdążyłam zaprotestować. Do oczu cisnęły
mi się łzy. W końcu uświadomiłam sobie, że wcale nie jestem zła na niego czy
Shane’a, ale na siebie. Jak mogłam tak bardzo ich zranić?
Kilka dni później…
Shane nadal
się do mnie nie odzywał. Czasem przyłapywałam go na ukradkowych spojrzeniach.
Nie wydawał się zły, ale był kompletnie obojętny w stosunku do mnie. Rozumiałam
go. Najpierw powiedziałam, że mu na mnie zależy, a potem widział jak niemal
pocałowałam się z Dreakiem, choć tak czy siak bym tego nie zrobiła. Słyszałam,
że jutro urządza imprezę u siebie w domu pod pretekstem świętowania wygranego
meczu. Wiedziałam jednak, że robi tą imprezę tylko i ze względu na mnie. Po
pierwsze: mecz miał być dzisiaj, w piątek, a on urządzał imprezę w sobotę. Po
drugie: skąd miał pewność, że wygrają? W każdą sobotę przychodziłam zająć się
jego bratem. Jeśli Shane urządzi wtedy imprezę, Tymothy nie będzie mógł zasnąć
co oznaczało, że będę musiała zostać tam dłużej. Nie miałam pojęcia czy Shane
chciał mi zrobić na złość, czy po prostu chciał ze mną porozmawiać po
imprezie…W końcu w szkole nie mogliśmy tego zrobić. Dreak był jeszcze gorszy
niż na początku. Gwałtownie przyciągał mnie do siebie, całował mnie na oczach
wszystkich, mało tego musiałam udawać, że mi się to podoba! Znów był
szantażystą
Na mecz
poszłam z Nathanem i Aly. Myślałam, że cały czas będzie panowała między nami
niezręczna cisza, w końcu Aly wstydziła się Nate’a, a on z kolei nie wiedział,
jak się przy niej zachowywać. Już chciałam mu szepnąć na ucho, żeby na
trybunach usiadł obok niej, ale okazało się, że nie muszę go o to prosić.
Wkrótce zaczęli rozmawiać i choć na początku była trochę oschła i małomówna,
wkrótce mój starszy brat przekonał ją do siebie. Choć kompletnie bym się tego
nie spodziewała Nathan Adams okazał się w tym momencie najdojrzalszym facetem w
moim otoczeniu.
Starałam
się skupić na meczu, a ściślej mówiąc na Shanie. Patrzyłam na każdy jego ruch i
nie przeszkadzało mi, że miał na głowie kask. Po chwili Dreak musiał zejść z
boiska, bo kilka razy kogoś sfaulował, a potem nawrzeszczał na sędziego. W
dodatku, gdy był jeszcze na boisku toczył nieustanną walkę, ale nie z przeciwną
drużyną, tylko z Shane’em. Choć powinni współpracować (w końcu byli w tym samym
teamie) ciągle sobie przeszkadzali. Odkąd Beards zszedł z boiska nasi zaczęli
nadrabiać punkty.
Oczywiście
drużyna naszej szkoły wygrała mecz, ale nie cieszyłam się z tego tak jakbym
chciała. Nie było tak, jak w tych wszystkich głupich komediach romantycznych.
Mój ukochany nie podszedł do mnie i nie pocałował mnie czule. Mało tego, minął
mnie bez słowa. Choć ja wpatrywałam się w niego uporczywie cały czas, on nie
zrobił tego ani razu. A potem? Ahh…a potem był Dreak.
*
Zaskoczył
mnie. Naprawdę mnie zaskoczył. Wychodząc z pokoju, jeszcze raz spojrzałam na
łóżko. Była dopiero dziesiąta, a Tymothy naprawdę spał! Zastanawiałam się
nawet, czy nie udaje…W końcu dałam za wygraną i zeszłam na dół, gdzie wciąż
panowała dzika impreza. Oczywiście ludzi było sporo, może nawet połowa szkoły.
Wzrokiem szukałam Nathana. Znalazłam go na parkiecie razem z Aly. Widać było,
że świetnie się razem bawią. Choć niektórzy rzucali w stronę mojej przyjaciółki
nieprzyjemne i złośliwe spojrzenia, była zbyt zajęta, by to zauważyć. Naprawdę
życzyłam im szczęścia, ale chciałam jak najszybciej się stamtąd wydostać.
Zrezygnowana oparłam się o jeden ze stołów i miałam zamiar poczekać, aż skończą
tańczyć. Nagle zobaczyłam Shane’a zmierzającego w moją stronę.
-Chcesz
zatańczyć?- zapytał bez ogródek.
Nie dałam
rady ukryć swojego zdziwienia.
-Nie jesteś
zły?- zapytałam.
-Byłem,
naprawdę.- odparł szczerze.- Kiedy zobaczyłem ciebie i Dreak’a pomyślałem, że
naprawdę chcesz z nim być. Potem widziałem was razem w szkole i uświadomiłem
sobie, że to niemożliwe.
Kamień
spadł mi z serca. Uśmiechnęłam się i zaczęłam cieszyć się jego bliskością.
Jednak nie wszystko było dla mnie jasne.
-Dlaczego
się do mnie nie odzywałeś?
-Ja…trochę
bałem się, że jesteś wkurzona i…no wiesz, on zawsze był z tobą i…
Pewnie
tłumaczył by mi się dalej, ale przerwałam, dając mu całusa w policzek. Nagle
coś sobie uświadomiłam i zaczęłam się nerwowo rozglądać. Shane odgadł moje
myśli.
-Spokojnie,
nie ma go tutaj.-powiedział z uśmiechem.- To jak, tańczymy?
-Ja…
I właśnie w
tym momencie z głośników popłynęły pierwsze dźwięki Moves like Jagger. Shane uśmiechnął się łobuzersko i przycisnął
mnie lekko do stołu całkowicie do mnie przylegając. Poczułam, jak rusza się w
takt piosenki. Potem pochylił się nade mną i mówiąc dotykał wargami mojego
ucha. Moim ciałem wstrząsnął przyjemny dreszcz, a na ciele pojawiła się gęsia
skórka.
-Ruszam się
o wiele lepiej niż Jagger.- powiedział.
Zaśmiałam
się, a on natychmiast oderwał się ode mnie i pociągnął na parkiet nie
przestając tańczyć. Gdy byliśmy już na parkiecie znów wtuliliśmy się w siebie.
Shane położył swoje ręce na moich plecach i zaczął nimi zjeżdżać w dół. Robił
to powoli. Z pewnością obawiał się mojej reakcji. W końcu zatrzymał się tuż nad
pośladkami i jeszcze mocniej wtuliliśmy się w siebie. Miałam wrażenie, że
miejsca, gdzie dotykał mnie swoim ciałem płoną i nie było to nieprzyjemne
uczucie. Chciałam to czuć ciągle, zawsze. Tak przetańczyliśmy całą piosenkę.
Potem nadszedł czas na wolniejszy kawałek- Beautiful.
Bez problemu to rozpoznałam. Położyłam głowę na jego ramieniu, a on zaczął
szeptać mi do ucha słowa piosenki.
-W nocy śni mi się, że zostałaś wysłana do mnie z
nieba.Moje życie wydaje się być takie
samotne bez Ciebie. Mogłabyś zmienić każdy mój dzień. A ja zawsze myśląc o
miłości myślałbym o twoim imieniu. Piękna... jak letni deszcz porywający zimową
plamę.Piękna... jak poranne słońce
zapraszające świt do powstania.Piękna...
jak radość, która przychodzi kiedy miłość, za którą zatęskniłeś właśnie się
zaczęła.
I tak wtuleni w siebie zapomnieliśmy
o całym świecie. Czas stanął w miejscu, myślałam tylko o nim, o jego dotyku,
który rozbudzał we mnie jakiś płomień, który do tej pory został nienaruszony,
który cały czas się krył.
Słyszałam jak Shane żegna kolejnych
wychodzących, ale nie chciałam otworzyć oczu. Nie obchodziło mnie, co ludzie ze
szkoły będą o mnie mówić. Cieszyłam się tą chwilą. Gdy w końcu otworzyłam oczy
okazało się, że jesteśmy sami. Nie wiedziałam ile czasu minęło. Powoli oderwaliśmy
się od siebie. Spojrzałam Shane’owi w oczy. Było w nich tyle szczęścia, radości
i…miłości. Nagle zakręciło mi się w głowie. Na szczęście, w porę to zauważył i
podtrzymał mnie.
-Wszystko w porządku?- zapytał.
-Tak, ja tylko…- miałam strasznie
zachrypnięty głos przez to, że długo nic nie mówiłam, więc natychmiast
odchrząknęłam.- …potrzebuję świeżego powietrza.
Shane poprowadził mnie na taras.
Tutaj, w przeciwieństwie do salonu, było czysto. Odetchnęłam głęboko,
nabierając do płuc rześkiego powietrza. Natychmiast otrzeźwiałam.
-Która godzina?- zapytałam.
Shane drgnął. Cały czas wpatrywał
się we mnie i dopiero po chwili wyciągnął komórkę.
-Trzecia nad ranem.- powiedział.
Przeżyłam szok. Jak mogłam tak długo
z nim tańczyć?! Nawet nie czułam upływu czasu, a okazało się, że minęło już
kilka godzin!
-Moja mama…-zaczęłam, ale przerwał
mi.
-Spokojnie, Kath.- powiedział.-
Nathan powie twojej mamie, że dzisiaj śpisz u Tymothy’ego.
-Widzę, że wszystko zaplanowałeś.-
powiedziałam żartobliwie.
Uśmiechnął się i znów objął mnie
swoimi ramionami.
-Uknułem.- powiedział pochylając się
nade mną. Nasze nosy się stykały. Nasze usta dzieliły milimetry.- Katherine,
tak bardzo bym chciał…
Czułam, jak szybko bije jego serce,
moje biło tak samo, oba w jednym rytmie. Położyłam ręce na jego szyi i
wyszeptałam.
-Ja też…
Shane przycisnął mnie do siebie
jeszcze bardziej i znów poczułam przyjemne dreszcze i ten ogień. Nasze usta się
zetknęły. Poczułam jego rozpalone i miękkie wargi na moich własnych. Wstrząsnął mną
silny dreszcz podniecenia. Jego dłonie błąkały się po całym moim ciele,
zostawiając po sobie ogniste ślady. Tak bardzo tego pragnęliśmy. Czułam jego
głód, cały czas mocno przyciskał mnie do siebie. Wplątałam swoje ręce w jego
włosy jeszcze mocniej przyciskając jego wargi do moich. Pocałunek był długi i
namiętny, aż zakręciło mi się w głowie. Oderwaliśmy się od siebie dopiero, gdy
zabrakło nam tchu, ale już po chwili nasze usta znów się złączyły. Czułam każdy
jego mięsień. Shane widząc, że może pozwolić sobie na coś więcej, trochę
podniósł mi bluzkę i swoimi gorącymi dłońmi dotykał mojego rozpalonego ciała.
Westchnęłam z rozkoszy i poczułam, że się uśmiecha. Chciałam, żeby posunął się
jeszcze bardziej, żeby pozwolił sobie na jeszcze więcej, ale w tym właśnie
momencie oboje usłyszeliśmy dźwięk otwieranych drzwi. Oderwaliśmy się od siebie
niechętnie i spojrzeliśmy w tamtym kierunku.
Na tarasie stał Dreak.
***
No i jak wam się spodobało? Wiem, wiem...długo czekaliście. No więc już mówię, że następny rozdział będzie ostatnim rozdziałem pierwszej części. Druga część będzie się znajdowała na innym blogu, jeszcze muszę to sobie rozplanować. Następny rozdział pojawi się za dwa tygodnie, jeszcze na tym blogu. A to mój nowy twitter: @polishberry
Ale piszcie jak wam się podobał rozdział! Z góry przepraszam za błędy, ale nie mam siły ich sprawdzić. Jutro do szkoły :/
czwartek, 1 listopada 2012
Rozdział trzynasty
Katherine
Wcale nie odczułam ulgi. Wręcz przeciwnie. Odczuwałam na
przemian przechodzące przez moje ciało fale ciepła i zimna. Zdawało mi się, że
krew krzepnie w moich żyłach. Gdybym miała jeszcze raz powtórzyć te dwa słowa,
pewnie bym tego nie zrobiła. Moje policzki stały się jakby cięższe, a cała
twarz odrętwiała. Shane siedział sztywno i opierał się rękoma na kolanach.
Patrzył w dół, na podłogę, ale wiedziałam, że ma przed oczyma zupełnie inny
obraz. Po chwili zacisnął ręce w pięści, aż pobielały mu knykcie.
-Jak ten skurwiel mógł zrobić coś takiego…?
Powiedział to tak cicho, a jednak usłyszałam każde słowo.
Poczułam, że krew znów buzuje w moich żyłach.
-Co?- zapytałam półprzytomnie.
Shane najwyraźniej pomyślał, że nie dosłyszałam.
-Jak Beards mógł ci to zrobić? Wiedziałem, że to kretyn,
ale…
Nagle wstał i zaczął kierować się w stronę drzwi. Cały czas
miał zaciśnięte pięści i dyszał ciężko. Nigdy nie widziałam go w takim stanie i
byłam przerażona.
-Shane! Co ty robisz?- zawołam za nim.
-Dostanie za swoje…już dawno powinien.
-Ale to nie tak!- zawołałam znowu i wstałam.- To nie on mi
to zrobił!
Podziałało. Chłopak zatrzymał się i odwrócił.
-Jak to?
-On tylko to widział. Był świadkiem, nie sprawcą.
W miarę, jak mówiłam, Shane był co raz bliżej mnie. Spuściłam
wzrok, bo wiedziałam, że mógłby z niego wyczytać o wiele więcej, a nie podjęłam
jeszcze decyzji.
Był już obok i delikatnie ujął moją rękę.
-Opowiedz mi.- powiedział cicho.
Znowu usiedliśmy na kanapie. Wzięłam głęboki oddech. Czułam
jego uspokajający dotyk. Tak naprawdę sama jego obecność uspokajała. Jeszcze
przed chwilą był wzburzony i wściekły. Bałam się nawet, że będę pretekstem, pod
którym Shane będzie mógł odegrać się na Dreak’u, czego tak bardzo pragnął. Nie
chciałam być kartą przetargową ani żadną nagrodą, takim dodatkiem do
zwycięstwa. Ale Shane się opamiętał. Widziałam teraz, jak bardzo mu na mnie zależy.
Widziałam, że pod tą jego skorupą, którą pokazuje na co dzień, kryją się jakieś
uczucia, co mi właśnie udowodnił. Mimo to nie chciałam mu powiedzieć
wszystkiego.
-Miałam czternaście lat. Wszedł do pokoju i tam mnie
zgwałcił. Dreak ma rodzinę w East End, mieszkali obok naszego domu. Usłyszał,
jak krzyczałam i przybiegł. Dalej nic nie pamiętam, bo zemdlałam. Prosiłam go,
żeby nikomu nie mówił…wstydziłam się. Teraz mieszkam tutaj, a Dreak mnie
rozpoznał i kazał mi spłacić dług. Gdybym się nie zgodziła, wszyscy by się
dowiedzieli.
Moja historia okazała się zaskakująco krótka, płytka i jakby
nie moja. Ominęłam pewne szczegóły, no i tą najważniejszą informację. Ale jak
mogłabym mu powiedzieć, że zgwałcił mnie własny ojciec? Nawet sama przed sobą
odrzucałam tą myśl.
Shane się zastanawiał. Atmosfera zdawała się być ciężka, ale
wiedziałam, że tylko ja tak to odczuwam. W końcu skłamałam, a w każdym razie
nie powiedziałam całej prawdy.
-Ale jak ten ktoś wszedł do domu? Złapali go?- odezwał się.
Miałam głupią, dziecinną nadzieję, że nigdy nie zada mi tego
pytania. Ale Shane Redson nie był głupcem i nie wydawał się w stosunku do mnie
obojętny.
Znów musiałam skłamać.
-Ja…nie wiem, chyba nie.
Na te słowa chłopak zmarszczył czoło, ale chyba widział, że
nie chcę dłużej ciągnąć tego tematu, więc nie zadawał więcej pytań. Powoli
wstał, nie puszczając mojej ręki.
-Chodź.- powiedział.
Trochę zdziwiona, posłusznie wstałam. Nie zadawałam żadnych
pytań, po prostu nie czułam takiej potrzeby.
Kierowaliśmy się schodami w górę. Shane wydawał się
zdecydowany. Ja byłam trochę zdziwiona, ale ufałam mu całkowicie. Stanęliśmy
przed drzwiami znajdującymi się na lewo od pokoju Tymothy’ego. Domyśliłam się,
że jest to pokój Shane’a, ale jeszcze nie wiedziałam, w jakim celu mnie do
niego zaprowadził.
Pokój nie był duży, ale bardzo przytulny. Na ścianach nie
wisiały żadne plakaty, ani obrazki. Było za to dużo…półek. I to półek z
książkami! Zastanawiałam się, czy to na pewno pokój chłopaka, który stał obok
mnie uśmiechając się lekko na widok moich rozchylonych ze zdziwienia ust. Zauważyłam
też gitarę stojącą przy biurku i wyjście na balkon. W całym pokoju panował
półmrok, a oświetlała go jedynie lampka stojąca przy łóżku, co dało w wyniku
romantyczny i trochę tajemniczy nastrój.
-Muszę ci coś pokazać.- powiedział cicho i podszedł do
jednej z półek.
Podszedł do mnie z notesem oprawionym w brązową skórę z
wytłoczonymi wzorami.
-Otwórz.- szepnął.
W pierwszej chwili myślałam, że to może jego pamiętnik. Ale Shane?
I pamiętnik? Wydawało mi się to niemożliwe, choć po zobaczeniu jego pokoju, nie
wiedziałam już, co mam myśleć.
Otworzyłam notes powoli, żeby nie wyjść na ciekawską.
Pierwsza strona: Shane Redson.
Przynajmniej podejrzewałam, że tak właśnie jest tam na pisane. Przewróciłam na
drugą stronę i zobaczyłam o wiele więcej tekstu. Podeszłam bliżej lampki i
usiadłam na łóżku, aby lepiej widzieć. Tekst okazał się być wierszem…przepięknym
wierszem.
-Oh…- szepnęłam z zachwytu.- Shane to jest…piękne.
Chłopak opierał się o jedną z półek i podrapał się z tyłu
głowy. Wyglądał jak jakiś dzieciak, który coś zbroił, a jego czyn wyszedł na
jaw. Podsumowując- zupełnie nie jak Shane.
W końcu usiadł obok mnie, a ja przewróciłam kartkę.
Zobaczyłam tytuł i w jednej chwili zrozumiałam.
-I still remember-
szepnęłam.- Więc to ty…
Spojrzałam na niego z uwielbieniem. To on był autorem
piosenek zespołu Nathana. To on napisał te wszystkie, piękne teksty, które
przecież nawet śpiewałam i grałam!
-Mówiłem, sekret za sekret. Zdradziłaś swój…a ten jest mój.
Shane
Nareszcie miałem ją przy sobie…i tylko dla siebie. Katherine
leżała obok mnie, na boku opierając się jedną ręką, wpatrzona w moje wiersze
jak zaczarowana. Z takim samym uwielbieniem ja patrzyłem na nią. Nie mogłem
uwierzyć w swoje szczęście.
-Jesteś niesamowity.- powtórzyła któryś raz z rzędu.
Uśmiechnąłem się i powoli zabrałem jej mój zeszyt.
-Chodź do mnie.- powiedziałem delikatnie.
O dziwo nie zerwała się z łóżka i nie oznajmiła mi, że musi
iść do domu- tego bym się po niej spodziewał. Położyła głowę na mojej piersi, a
ja zacząłem gładzić jej włosy. Czułem jej migdałowo- waniliowy zapach, który
doprowadzał mnie do szaleństwa, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Chciałem ją pocałować, co potwierdziło by fakt, że nie jesteśmy już tylko
przyjaciółmi. Bardzo tego pragnąłem, ale wiedziałem, że jeszcze nie pora.
Musieliśmy rozwiązać jeszcze niektóre problemy, zarówno ona jak i ja. Mało tego
wciąż miałem w głowie obraz dziewczyny z koncertu. Choć w ogóle jej nie znałem,
choć widziałem ją zaledwie kilka minut, choć Katherine była sto razy
piękniejsza…wciąż coś do niej czułem. Jak to w ogóle możliwe? Kochać kogoś,
kogo się nigdy nie znało i kogo już nigdy się nie pozna…?
-Jak to będzie, Shane?
-Jakoś sobie poradzimy, zobaczysz. Gdybyś tylko zerwała z
Dreak’iem…
-Wiesz, że nie mogę.
-Możesz Katherine. Musisz tylko przestać się bać.
-Nie rozumiesz, że on wszystkim powie?
-Wiem. To kretyn. Ale przecież mi powiedziałaś i nie było
źle. Popatrz na nas. Gdyby to wszystko potoczyło się inaczej, pewnie jeszcze
przez długi czas nie wiedzielibyśmy, co do siebie czujemy.
-A…co czujemy?
Pocałowałem ją w jej gładkie czoło i poczułem, że się
uśmiecha.
-Tak tylko się droczę.- powiedziała.
Było tak, jakbyśmy robili to od zawsze, jakby to była norma,
a równocześnie było to takie niezwykłe. Czułem, że tak powinno być już zawsze.
Fakt, że pragnąłem Katherine to potwierdzał. Nawet nasze ciała pasowały do
siebie. Nie potrzebowaliśmy żadnych słów. Po prostu byliśmy. Wkrótce Katherine
zasnęła i mi też oczy zaczęły same się zamykać, ale w tej samej chwili moja
komórka zaczęła wibrować. Delikatnie wyjąłem ją z kieszeni spodni, tak, aby nie
obudzić Kath. Wyświetlił się numer Nathana.
-Tak?- zapytałem szeptem.
-Cześć, stary. Sory,
że cię budzę…
-Spoko, jeszcze nie śpię.
-Katherine nie wróciła
jeszcze do domu.Dzwonimy na jej
komórkę, ale chyba ma wyłączoną. Jej mama dostaje szału. Może ty wiesz, gdzie
jest…?
-Komórka się jej rozładowała. Katherine jest u mnie.
W słuchawce zapanowała cisza, ale wiedziałem, że nie ma
żadnych zakłóceń.
-Co?
-Katherine jest ze mną. Zasnęła, a nie chce jej
budzić.
Znów chwila ciszy.
-Czy wy…?
-Nie.
-Stary, ja ci wierzę,
ale co mam powiedzieć jej mamie?
-Powiedz, że Katherine ma rozładowaną komórkę i zasnęła
razem z Tymothy’m.
-Ok., spoko. Nareszcie
się doczekałeś…
-Niby czego?
Wiedziałem, o co mu chodzi, ale udawałem zdziwionego.
-Myślisz, że o niczym
nie wiedziałem?
-Gadasz od rzeczy, Nate…lepiej idź spać.
-Tak, tak…już idę,
idę. Miłej nocy, Shane. Choć to już ci raczej nie jest potrzebne.
-Zamknij się.- powiedziałem kończąc tym samym rozmowę.
Po telefonie Nathana, jeszcze długo nie mogłem przestać się
uśmiechać. Skoro wszystko wydawało się w jak najlepszym porządku, to dlaczego i
tak było źle? Odpowiedź na to pytanie stanowiło jedno imię: Dreak, choć w głębi
serca czułem, że to nie jest jedyny problem i nawet, gdy zostanie rozwiązany
pojawią się kolejne. Bo w końcu, czym jest życie bez problemów?
Katherine
Jeszcze długo stałam przed domem i uśmiechałam się sama do
siebie. Choć Shane już odjechał, wciąż miałam przed sobą jego obraz. Wciąż
widziałam jego arogancki uśmieszek, czułam jego dotyk na swojej skórze. Czułam
dokładnie jego zapach, cała nim przesiąknęłam. W końcu spałam na jego łóżku, w
jego ramionach! Na wspomnienie o tej nocy, choć całkowicie zwyczajnej, to
jednak niesamowitej, po moim ciele wędrowały przyjemnie dreszcze. Kto by pomyślał,
że tamten wieczór tak się skończy…
Cała w skowronkach weszłam do domu. Wszyscy jeszcze spali, a
ja w cale nie odczuwałam takiej potrzeby. Byłam wypoczęta jak nigdy! Rześkim
krokiem ruszyłam więc do kuchni i wyjęłam z lodówki mój ulubiony sok
pomarańczowy. W tej samej chwili zadzwoniła komórka mamy, którą zawsze
zostawiała na parapecie. Spojrzałam na wyświetlacz.
-Caleb Hurt.- przeczytałam cicho.
Coś mi to nazwisko mówiło. Po chwili wahania odebrałam.
-Tak?
-Witaj Lauro, tu komendant Hurt. Niestety nie mam dobrych
wieści.
Przypomniałam sobie. Pan Caleb Hurt był komendantem policji
w East End. Wiedziałam, o co może chodzić, ale równocześnie nie chciałam
dopuścić do siebie tej myśli. Przez telefon mój głos nie różnił się zbytnio od
głosu mamy, więc postanowiłam dalej ją udawać. Podejrzewałam, że mama nigdy nie
powiedziałaby mi, o co chodziło. Nie chciałaby mnie martwić.
-A co się stało?- zapytałam, próbując opanować drżenie w
moim głosie.
-Dziś w nocy Jonathan uciekł z więzienia. Podejrzewamy, że
pomógł mu w tym niejaki Terry Cavanah, który zbiegł pół roku temu. Podobno
planowali to od dawna. Uważaj na siebie, a przede wszystkim na Katherine. On
chce ją znaleźć. Będę informował cię na bieżąco, jak to robiłem do tej pory…Laura?
Jesteś tam? Halo? Halo? Pieprzony zasięg...
sobota, 22 września 2012
Rozdział dwunasty
Shane
-Do czego cię
przyrównać? Do dnia w pełni lata? Jesteś od niego bardziej i świeża, i stała.
Jeszcze w maju wiatr nieraz mrozem pąk omiata a letnia pora nie trwa, jak obiecywała.
Niebios złociste oko to nazbyt świat pali swoim żarem, to kryje blask za sine
chmury; Nic, co piękne, pełnego piękna nie ocali, odzierane zeń trafem lub
prawem natury: Lecz twoje wieczne lato nie wie, co jesienie, nie straci barwy,
którą jest twoja uroda, ani cię Śmierć nie wciągnie w zapomnienia cienie, gdy w
rymie nad Śmierć trwalszym, przetrwasz wiecznie młoda. Póki tchu w piersiach
ludzi, póki w oczach wzroku- wiersz żyw będzie i tobie nie da zginąć w mroku…
Kepling skończył czytać i odłożył kartkę po czym popatrzył
na klasę. Wszyscy wyglądali na zmęczonych albo znudzonych. Cóż, to była
ostatnia lekcja. Siedząca obok mnie Katherine wydawała się jednak zainteresowana.
Podczas gdy nauczyciel czytał miała lekko przechyloną w bok głowę, jakby
starała się zrozumieć.
-Wiem, że nie ma sensu, ale…czy ktoś może wie, kto jest
autorem tego wiersza?- kontynuował Kepling.
Zero reakcji ze strony klasy. Ja natomiast szybko spuściłem
głowę w dół. Niestety zrobiłem to zbyt gwałtownie.
-Panie Redson…?- zapytał.
Wiedział, że jestem dobry z angielskiego, zwłaszcza jeśli chodzi
o literaturę. Na szczęście był jednym z tych nauczycieli, którzy nie czytali stopni na głos. Inaczej wyszłoby na jaw, że moje oceny z testów są więcej niż
przyzwoite.
W tamtej chwili mogłem odpowiedzieć, że nie wiem, ale tego
nie zrobiłem.
-To Szekspir.- powiedziałem.
Oczy wszystkich skierowane były w moją stronę. Dokładnie
wszystkich. Po raz pierwszy w życiu, w takiej sytuacji poczułem się nieswojo,
mimo iż wiedziałem, że odpowiedź jest prawidłowa. Kepling uśmiechnął się do
mnie.
-Tak, to Szekspir. A czy ktoś może mi powiedzieć o czym jest
ten wiersz?
Znów kompletny brak reakcji. Nauczyciel westchnął i spojrzał
na klasę z politowaniem po czym znów zwrócił się do mnie.
-Shane, wydaje mi się, że i na to pytanie znasz odpowiedź.
Oczywiście, że znałem. Poczułem się w tamtej chwili jak
kujon, ale prawda była taka, że po prostu lubiłem poezję. Była dla mnie lepszą
i piękniejszą formą okazywania uczuć i emocji, jakie w nas drzemią. Ale co
stałoby się, gdyby ktokolwiek się o tym dowiedział? Już miałem odpowiedzieć
przecząco, gdy dostrzegłem, że Katherine patrzy na mnie zaciekawiona, jakby nie
dowierzała. Postanowiłem zadziwić ją jeszcze bardziej.
-W wierszu jest oczywiście mowa o miłości. Podmiot próbuje
przyrównać ukochaną osobę do jakiejś rzeczy, zjawiska, ale uroda ukochanej
przewyższa wszystko. Na początku porównuje ją do dnia w lecie, ale ona jest
świeższa i stała, nie przemija, a dzięki wierszowi zostanie zapamiętana na
wieki. Nawet Śmierć nie będzie w stanie strącić ją w mrok, jakim jest
zapomnienie.
Reakcja klasy była jeszcze dziwniejsza niż za pierwszym
razem. Wszyscy się ożywili, niektórzy wyprostowali. Katherine otwarła lekko
usta ze zdziwienia. Kepling nie wyglądał na zdziwionego, raczej na
usatysfakcjonowanego. Nie byłoby tak źle, gdyby Beards nie zaczął się śmiać.
Już miałem rzucić jakiś wredny tekst i powiedzieć mu, żeby przestał rzucać na wszystkie
strony tym swoim zjebanym ryjem, ale poczułem na swojej zaciśniętej pięści
uspokajający dotyk Katherine.
-Śmieje się pan z tego, że nie zrozumiał czy z ogółu swojej
głupoty?- zapytał Kepling ze stoickim spokojem.
Dreak natychmiast zamilkł, a ja nie mogłem się powstrzymać i
uśmiechnąłem się pod nosem. O dziwo, Kath też wydawała się rozbawiona. Naprawdę
zaczynałem nie rozumieć tego ich całego związku. Gdy nauczyciel znów wrócił do
tematu Szekspira, Katherine odezwała się do mnie szeptem.
-Jak ty…to znaczy skąd…?
-Nieważne.- odparłem.
Nie chciałem być niemiły, ale gdybym jej powiedział, że
lubię czytać poezję mogłaby sobie pomyśleć, że to ja jestem autorem piosenek
Nathana, co z resztą było prawdą. Nikt nie mógł się dowiedzieć. Będąc
anonimowym mogłem powiedzieć to, co chciałem, dać upust temu, co dusiłem w
środku i równocześnie się tego nie wstydzić. Nagle wpadłem na pewien pomysł.
-Mógłbym ci powiedzieć, gdybyś ty powiedziała mi, dlaczego
jesteś z tym idiotą.- szepnąłem do niej.
Otworzyła szeroko oczy, nie jestem pewien czy ze zdziwienia,
czy z oburzenia.
-Ja…jest miły…
-Miły? I na pewno rozmawiamy o Beardsie?- zakpiłem.
-Dla mnie jest miły.- odparła dumnie.- A po za tym
przystojny, gra w football…
-…tylko szkoda, że go nie kochasz.- dokończyłem za nią.
-A co ty wiesz o miłości?
Auć, trochę zabolało.
-Ostatnio co raz więcej.
Kompletnie zbiłem ją z tropu. Odwróciła wzrok i znów
słuchała Keplinga, choć byłem pewien, że w jej głowie aż roi się od myśli. Gdy
rozległ się dzwonek powiedziałem tylko:
-Coś za coś.
I odszedłem.
Katherine
Jak on śmiał? Jak mógł powiedzieć, że nie kocham Dreak’a?
Nie ważne, że miał rację, ale jak śmiał mi to powiedzieć? A ile pewności było w
jego głosie! Z drugiej strony jednak mi zaimponował. To, jak zinterpretował
wiersz Szekspira…Nigdy bym nie przypuszczała…to znaczy wiedziałam, że jest w
nim jakaś głębia, ale nie taka. Może związek z tą całą Jefferson go zmienił?
Nie…nie był w niej zakochany. Gdyby tak było to nie chciałby mnie pocałować. A
gdy mi powiedział, że ostatnio wie co raz więcej o miłości? Może to była
aluzja? Może mnie miał na myśli?
Pogrążona w rozważaniach nie zauważyłam Aly, która czekała
na mnie przed wejściem do szkoły. Dziewczyna już przyzwyczaiła się do mojej
obecności i miałyśmy ze sobą zdecydowanie lepszy kontakt, choć nadal mi nie
ufała i nie można było tego nazwać przyjaźnią. JESZCZE nie. Brakowało nam tego „czegoś”.
To, że na mnie czekała było miłą odmianą, bo zazwyczaj musiałam ją doganiać.
-Cześć Aly!- powiedziałam z uśmiechem.
-Cześć.- odparła, ale nie uśmiechnęła się.
Od jakiegoś czasu wracałam ze szkoły z Aly. Oczywiście tylko
wtedy, gdy mój „chłopak” miał trening, a więc zaledwie dwa razy w tygodniu.
Na parkingu zauważyłam właśnie mojego „braciszka” i Shane’a.
O czymś rozmawiali i śmiali się. Gdy Nate nas zauważył pomachał nam, a ja
odwzajemniłam jego gest. Aly oczywiście tego nie zrobiła. Spostrzegłam, że mój
współlokator dziwnie na nią patrzy, tak…nienormalnie. Postanowiłam nie zwracać
na to większej uwagi i ewentualnie później zapytać Nathana o co chodziło.
-Jak ci poszła kartkówka z chemii? Mi nie za dobrze…-
zaczęłam.
-Wystarczy umieć pisać stopnie utleniania, a bilans pójdzie
z górki.
-Tak…tyle że ja niczego nie umiem. Nienawidzę chemii.
-Pani McKinley prosiła mnie, żebym ci pomogła.- wypaliła
nagle Aly.
-Ty? Dlaczego?- zdziwiłam się.
-Bomamsześćzchemii.- powiedziała szybko.
-Co? Przepraszam, ale nie zrozumiałam.
Westchnęła głośno i powiedziała.
-Mam sześć z chemii.
Zatkało mnie totalnie. Najpierw Shane z Szekspirem, teraz
Aly z chemią i co jeszcze? Może Dreak jako spec od funkcji trygonometrycznej?
-Myślałam, że nie lubisz się uczyć.- wydusiłam z siebie w
końcu.
-Wszystko mi tak jakoś łatwo wchodzi.- powiedziała wzruszając
ramionami.
-Wszystko?- zapytałam ze zdziwieniem.
-Gdybym nie miała opinii dziwki to byłabym kujonem.-
stwierdziła.
-Czyli, że masz dobre oceny nie tylko z chemii?
Znowu westchnęła.
-Nie mam niższych ocen niż czwórki.
-No nie!
-Ale jak komuś o tym powiesz, nie ręczę za siebie.
-Ok., ok…mądralo.
Najpierw spojrzała na mnie groźnie, ale już po chwili
śmiałyśmy się głośno. Wiedziałam, że Aly tak naprawdę mnie lubi. Problem w tym,
że ona jeszcze tego nie wiedziała.
Siedziałyśmy na moim łóżku i uczyłyśmy się na chemię. Dzięki
Aly prawie zrozumiałam te całe redoksy. Dowiedziałam się też o niej wielu
rzeczy, na przykład, że po liceum ma zamiar pójść na medycynę. Było tak, jakby
zostawiła tę oziębłość w murach szkoły. Dopiero tutaj, w moim pokoju otworzyła
się przede mną. Dopiero tutaj ją poznałam. Nagle do pokoju wszedł Nathan.
-Katherine nie widziałaś gdzieś mojego MP3? Podejrzewam, że
zwędzili mi go Jason i Andrew, ale…- i dopiero teraz zauważył moją
towarzyszkę.- Cześć Aly.
-Cześć Nathan.- odparła nie patrząc się na niego.
Zastanawiałam się, co ich łączy, bo ich zachowanie nie było
normalne i byłam pewna, że nie chodzi tutaj o reputacje Aly.
-To ja już pójdę.- powiedział brunet, po czym szybko opuścił
pokój.
-Co to miało być?- zapytałam Aly.
Ta wzruszyła tylko ramionami, więc skrzyżowałam ręce na
piersiach i patrzyłam wyczekująco.
-Nathan był moim chłopakiem.
-Że co?!
-Ale w podstawówce! To nic takiego!
-No wiesz…niby nie. Ale podoba ci się jeszcze?
Prychnęła i odwróciła wzrok
-Jasne, że nie.
Nie byłam dobrą aktorką, ale Aly w ukrywaniu swoich uczuć
była sto razy gorsza. Jak ja mogłam nie zauważyć tego wcześniej? Aly i Nathan,
no kto by pomyślał!
-Ale to nie wszystko.- kontynuowała.- Jakieś pół roku temu
Nathan pobił jednego chłopaka, bo nazwał mnie…dziwką.
-Aly…
-Nie Katherine, proszę daj mi skończyć.
-Ok.
-Nie jestem na niego zła, ale jest mi wstyd. Zasłużyłam
sobie na taką reputację, a mimo to Nathan mnie obronił, wstawił się za mną,
choć nikt tego nie robił. Chciałam mu podziękować, ale…było mi głupio.
Łzy zabłyszczały w jej oczach, a ja szybko ją przytuliłam.
Na szczęście mnie nie odepchnęła.
-Nie jesteś dziwką, Aly.
-Jestem!- zaszlochała.- Było mi smutno, bo nabijali się, że
jestem kujonką. Zaczęłam się puszczać, bo myślałam, że przez to będę popularna i
fajna. No i na początku tak było, ale potem…
-Ciii, nie myśl o tym. Tak było kiedyś, ale możesz zacząć
wszystko od nowa.
-Jak?
-Najpierw musisz otworzyć się na ludzi, tak jak teraz przede
mną. Musisz być sobą. Ja ci pomogę.
Nie rzucałam tych słów ot tak sobie. Wiedziałam, że to może
być początek pięknej przyjaźni. Musiałam jeszcze tylko zmienić jakoś reputację
Aly, a to mogło okazać się bardzo trudne.
Shane
-Już zasnął?- zdziwiłem się.
-Tak, chyba dałam mu dziś wycisk.- powiedziała z uśmiechem
Katherine.
-Może mi też dałabyś wycisk?- zapytałem z arogancki
uśmieszkiem.
Dziewczyna chwyciła jedną z poduszek i cisnęła we mnie.
-Ej!- krzyknąłem, rozkładając ręce.
-Chyba powinnam wracać już do domu.
-A może zostałabyś trochę dłużej? Obejrzymy jakiś film…Dreak
się nie dowie.
Zbiłem ją z tropu. Zmarszczyła brwi.
-Dlaczego myślisz, że nie chcę zostać z jego powodu?
-Widzę, że się go boisz.- zacząłem powoli, nie chcąc jej
zdenerwować.- I nie umiesz kłamać, Katherine.
Na szczęście na mnie nie nakrzyczała. Usiadła obok mnie i
spojrzała w moje oczy, a ja mogłem się nacieszyć jej bliskością, jej zapachem,
widokiem jej zielono-brązowych tęczówek, malinowych ust…
-To aż tak widać?- zapytała cicho.
Pokiwałem głową.
-Może inni tego nie widzą, ale ja tak. Zauważyłem to już na
początku, chciałem być blisko ciebie…
-Chciałeś być blisko mnie?
-Tak. W końcu Dreak to dziwny typ. Ale i tak ma cię w swoich
łapskach.
Nie odpowiedziała mi od razu, a ja czułem, że zaraz
wybuchnę. Chciałem jej w tamtej chwili powiedzieć wszystko, co leżało mi na
sercu.
-Nie powinno być ci z tego powodu przykro. W końcu jesteś z
Lisą…
-Nie jesteśmy ze sobą i nigdy nie byliśmy! A ta akcja w
twoim pokoju…ja tego nie chciałem!
-To już nie ważne, nie musisz mi się tłumaczyć Shane.
-Muszę. Muszę, bo zależy mi na tobie.
W jej oczach zabłyszczały łzy, miała lekko rozchylone wargi,
a jej policzki lekko się zaróżowiły. W życiu nie widziałem czegoś
piękniejszego.
-W takim razie jest coś, o czym musisz wiedzieć, Shane.
Musisz wiedzieć, dlaczego jestem z Dreakiem.
Po jej policzkach popłynęły łzy. Otarłem je łagodnie
kciukiem.
-Mów, nic ci nie grozi.
-On stwierdził, że chodząc ze mną zrobi ci na złość. Że
będzie miał coś, czego ty nie masz.
-To żadna nowość. Przeze mnie nie jest już kapitanem, o mało
nie wyleciał z drużyny. Ale dlaczego się zgodziłaś?
-Bo on coś na mnie ma.
-Co?
Ledwo zadałem to pytanie, a Katherine zaczęła się lekko
trząść. Zauważyłem, że na rękach wyszła jej gęsia skórka.Czekałem.
-Dreak…on…on wie coś, czego inni nie wiedzą.
Zaczęła się trząść jeszcze mocniej, a ja już nie mogłem nad tym zapanować. Czułem, że to co za chwilę mi powie, mocno mną wstrząśnie.
-Zostałam zgwałcona.
***
Co się będę rozpisywać... oceńcie w komentarzu, bardzo zależy mi na waszej opinii. Do zobaczenia w następną sobotę!