Rozdziały

Obserwatorzy

niedziela, 10 lutego 2013


Rozdział piętnasty

Shane

            Jego widok nie wywarł na mnie większego wrażenia. Mało tego, cieszyłem się, że nas zobaczył. Jego mina była nagrodą…nagrodą za tak długie oczekiwanie, wynagrodzeniem za ten triumfujący uśmiech, który musiałem oglądać przez ostatnie tygodnie. Teraz to ja byłem zwycięzcą, ja wygrałem. Co prawda Beards przez cały ten czas zdawał sobie sprawę, co łączy mnie i Katherine, dlatego wciąż dawał mi do zrozumienia, że nie mogę jej mieć, że nie możemy być razem. Wiedział, że to mnie zrani i w pewien sposób osłabi. Pocałunek, który zobaczył był kolejnym dowodem na to, że znów się mylił, że znów poniósł klęskę.
            Niestety Katherine nie odczuwała tego tak samo jak ja. Wcale mnie to nie zdziwiło. Będąc jeszcze wciąż w moich ramionach dziewczyna cała zesztywniała i przerażona otworzyła szeroko oczy. Co chwila otwierała usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale od razu je zamykała. Nic nie mogła zrobić i doskonale to wiedziała. Niestety Dreak był zdolny zrobić coś tak chamskiego, był w stanie rozgłosić tą nikomu niepotrzebną informację o gwałcie na Katherine. Już dużo wcześniej postanowiłem, że zrobię wszystko, aby tego nie odczuła, aby była szczęśliwa, uśmiechnięta, bezpieczna.
            Dreak zrobił krok na przód, a ja natychmiast zastąpiłem mu drogę do Kath, zasłaniając ją swoim ciałem. Wyczułem, że jest bardzo spięta, zacisnęła ręce na mojej koszulce i starała się uspokoić przyspieszony oddech. Śledziłem dokładnie reakcję Beards’a i przygotowałem się na odparcie ataku. Stał w odległości jakiś trzech metrów, co po chwila zaciskając ręce w pięści. Jednak atak nie nastąpił. Dreak odwrócił się i szybkim krokiem ruszył do wyjścia. Wyprostowałem się i patrzyłem za nim oniemiały. Sprawiał wrażenie nie tylko złego, ale jakby…obrażonego.
            Nagle Katherine puściła mnie i rzuciła się do przodu. Na szczęście zdążyłem ją złapać i objąć rękoma tak, aby nie mogła się wydostać. Zaczęła się wyrywać i szarpać. Zaskoczyło mnie to, że ma tyle siły. Odwróciłem ją twarzą do siebie i położyłem ręce na jej ramionach. Dopiero teraz zobaczyłem łzy błyszczące na jej zaróżowionych policzkach.
            -Kath, co ty robisz?- zapytałem spokojnie.
            Znów szeroko otworzyła oczy, była przerażona. Zaczęła dygotać.
            -Dreak…-wyszeptała.-…widział nas.
            -Katherine…-zacząłem.
            -Nic nie rozumiesz!- wybuchła.- On mnie kocha! Powiedział mi to!
            Patrzyłem na nią nie wiedząc już, co mam myśleć. To wszystko wydawało się po prostu chore. Dreak? Kochać? Prawie się zaśmiałem. Zdołałem jednak to powstrzymać. W ogóle byłem nadzwyczaj spokojny. Może wciąż byłem pod wrażeniem naszego pocałunku? Nagle dziewczyna zaczęła mnie ciągnąć i mówiła przez łzy:
            -Shane, musimy iść za nim! Wiem, że on zrobi sobie coś złego! Na pewno zrobi coś głupiego!
            -To Beards- powiedziałem spokojnie.- on często robi coś głupiego.
            Spojrzała na mnie z wyrzutem tak, że poczułem się jak największy dupek na świecie, a potem znów była przerażona.
            -Shane, proszę…- załkała. Po jej policzkach cały czas płynęły łzy.
            Nie chciałem, aby cierpiała. Nie chciałem widzieć jej łez, dlatego musiałem zrobić to, o co mnie prosiła. Złapałem ją za rękę i pociągnąłem w stronę swojego auta. Robiłem to tylko i wyłącznie dla niej. Gdy wsiedliśmy do samochodu od razu kazałem zapiąć jej pasy. Już miałem odpalić, ale jedno wciąż nie dawało mi spokoju. Musiałem jej zadać to pytanie. Pytanie, od którego tyle zależało. Nie chciałem myśleć, co by było gdyby powiedziała „tak”. Co bym dalej zrobił? Jakim człowiekiem bym się stał? Jakbym zareagował? Zacisnąłem ręce na kierownicy starając się opanować.
            -Kochasz go?- zapytałem jeszcze mocniej zaciskając dłonie i spinając całe ciało, jakbym przygotowywał się na śmiertelny cios.
            -Nie-odpowiedziała krótko, ale dobitnie.
            To mi wystarczyło. Odpaliłem.


Katherine

             Minęło jakieś pół godziny. Przed domem Dreak’a nie było jego samochodu. Pomyślałam sobie, że może poszedł pieszo…ale przecież wtedy, gdy odszedł, słyszałam, jak odpalał silnik. Chcąc nie chcąc, zaczęłam jeszcze bardziej dygotać.
            -Pojechał w drugą stronę.- stwierdził Shane głosem nie wyrażającym żadnych emocji.
            Wiedziałam, że Beards nic dla niego nie znaczył. Sama nie byłam pewna, czy dla MNIE coś znaczył. Ale w końcu martwiłam się o niego… Kiedy Shane zadał mi tamto pytanie odpowiedź była dla mnie jasna. Nie kochałam Dreak’a i wiedziałam, że to się nie zmieni. Jednak w pewien sposób zależało mi na nim. Odkąd powiedział mi, że mnie kocha, zaczęłam mu nawet współczuć, ale nie potrafiłam obdarzyć go miłością.
            Kiedy zobaczyłam w jego oczach tą iskrę smutku i szaleńczej złości wiedziałam, że nie poprzestanie na zdemaskowaniu mojego sekretu. Miałam przeczucie, że stanie się coś złego. Już nie chodziło tylko o mnie. Byłam taka zdenerwowana, że niemal traciłam kontakt z rzeczywistością. Wydawało mi się, że moja twarz stała się dziwnie ciężka i sztywna, a przed oczami, zaczęło się robić ciemno.
            Z tego stanu wyrwał mnie odgłos karetki przejeżdżającej gdzieś niedaleko. Zadrżałam. Zaczęłam się rozglądać dookoła i w końcu zobaczyłam w oddali migające niebieskie światła.
            -Jedź za nią.- powiedziałam.
            Shane przyśpieszył, a ja starałam się zachować przytomność. Przecież to nie musi być Dreak. W Little Rock jest mnóstwo wypadków, no i mieszka tu wielu ludzi, może akurat komuś coś się stało, na pewno nie jemu. Moje obawy same zaczęły się układać w najczarniejsze scenariusze. Wkrótce jeden z nich stał się rzeczywisty.
            Shane widząc, że sięgam rękami do klamki natychmiast zahamował. Nawet nie wiedziałam kiedy zdążyłam odpiąć pasy. Nie bardzo wiedząc, co robię wybiegłam z samochodu. Znajdowałam się w stanie dziwnego otumanienia, pół-snu, koszmaru. Wymijałam samochody zapominając o tym, że znajduje się na ulicy. Interesowała mnie tylko jedna osoba. Ktoś złapał mnie wpół, ale zdołałam się wydostać i biegłam dalej. Byłam już blisko. Widziałam kałużę krwi, ciało w połowie przygniecione samochodem, jego włosy, jego twarz…
            Uklękłam przy nim. Oczy miał szeroko otwarte. Z jego ust też spływała krew, która po chwili zmieszała się z moimi łzami. Obok mnie ktoś uklęknął. Usłyszałam głos Shane’a, ale go nie rozumiałam. Dreak próbował coś powiedzieć dławiąc się swoją krwią, próbowałam unieść jego głowę, ale bezskutecznie. Już nie panowałam nad drżeniem. W końcu odkaszlnął i nabrał powietrza.
            -To był ON, Katherine. To był ON.
            Drżenie ustało. Zrobiło się ciemno. Utonęłam.






***
Jak widzicie rozdział baaaardzo krótki. Kończy pierwszą część So close, so far. Na drugą zapraszam was na http://polishberry.blogspot.com/
Strona jest jeszcze w remoncie, a pierwszy rozdział drugiej części powinien pojawić się w niedzielę za trzy tygodnie. Będą tam też dostępne moje inne opowiadania. Dziękuje wam za wszystkie komentarze i za to, że czytacie moje wypociny:) Już niebawem zobaczycie więcej efektów mojej, jeszcze niedoskonałej, twórczości. Dziękuje wam!:*

niedziela, 27 stycznia 2013


Rozdział czternasty

Shane
            Nawet nie zauważyłem, że jesień zaczęła się już na dobre. Wszędzie było pełno liści, które w blasku porannego słońca zdawały się być jeszcze bardziej niezwykłe, a ich barwy stawały się żywsze. Od razu pomyślałem o jej długich włosach w kolorze głębokiego brązu, o tym, że jeszcze niedawno ich dotykałem, że czułem ich świeży zapach.
            Nie widziałem się z Katherine jeden dzień. Jeden, najdłuższy w moim życiu dzień. Co prawda mógłbym iść do kościoła, co ona zwykła robić w każdą niedzielę . Problem w tym, że nie wiedziałem, o który chodzi. W Little Rock było ich sporo. Poza tym ledwo przekroczyłbym próg, a pastor już by mnie stamtąd wygonił, wyzywając od diabłów, szatanów czy innych takich…
            Prawda była taka, że naprawdę ją kochałem. Ja, Shane Redson, zakochałem się. Już niczym tego nie tłumaczyłem, nie mogłem. Niestety nawet gdybym chciał, nie mógłbym się z tym obnosić. Powód miał imię i nazwisko: Dreak Beards. Szczerze mówiąc nie do końca rozumiałem Kath. Przecież Dreak mógłby rozpowiedzieć, że została zgwałcona. Nikt by jej nie ubliżał z tego powodu. Ale może trzeba być po prostu kobietą, żeby to zrozumieć? W każdym razie dziewczyna nie chciała, by to wyszło na jaw, a skoro ona nie chciała, to i ja nie chciałem. Nie mogłem jej tego utrudniać, choć nie raz kusiło mnie, aby ją poprosić, żeby zerwała z Beards’em. Tak, byłem strasznym egoistą.
            Nagle zobaczyłem w oddali upragniony widok: czarnego jaguara Nathana. To nic, że nie mogłem publicznie okazywać swoich uczuć Katherine. Chciałem się z nią chociaż przywitać. Rozejrzałem się wokoło: Beards’a ani śladu. Zwróciłem wzrok z powrotem na auto, które było już na parkingu. Niestety dziewczyny nie było w środku.
            -Jak tam?- zapytał Nathan wychodząc z samochodu. Przywitaliśmy się tradycyjnie.
            -Gdzie Kath? Jedzie dziś autobusem?- zapytałem od razu. Nathan westchnął.
            -No właśnie stary. Musimy pogadać.- powiedział ciężko.
            -A co się stało?
            -Nic, chyba…
            Naprawdę lubiłem Nate’a, ale czasami doprowadzał mnie do szału. W dodatku teraz chodziło o dziewczynę, którą kochałem. Nie mógł przejść od razu do rzeczy?
            -Co jest?- zapytałem zniecierpliwiony.
            Widać było, że mój przyjaciel się waha, ale klamka zapadła. Jak już zaczął, niech skończy.
            -No…ehm…czy ty, czy wy…?
            -Nie.- odpowiedziałem stanowczo.
            -A…zrobiłeś jej coś czy…?
            -Ale w sensie?
            -No wiesz…
            -Nie, nie wiem. Nie mam pojęcia o czym ty do mnie mówisz. Nie spałem z Katherine, nic jej nie zrobiłem, ale powiedz do cholery o co ci chodzi?!
            Nathan wyglądał na zaskoczonego. Może to dlatego, że jeszcze nigdy aż tak się na niego nie uniosłem?
            -Mi o nic, ale jej chyba… coś nie pasuje.
            -Jak to?- zdziwiłem się.
            -No wiesz, niby jest jej niedobrze i dlatego nie chciała iść do szkoły, ale ja widzę, że coś jest nie tak. W ogóle nie chce ze mną gadać, więc myślałem, że może ty…
            -Nie. Ale jak będzie chciała, to pewnie ci powie.

             Byłem już myślami daleko stąd, w pokoju Katherine. Zastanawiałem się, co teraz robi i jaki jest prawdziwy powód jej nieobecności. Może rzeczywiście jest chora? A może to przez tego skretyniałego Beards’a. No chyba, że przeze mnie, co już w ogóle wydawało mi się absurdalne. Nagle uświadomiłem sobie, że powiedziałem Nathanowi coś, czego nie powinienem.
            -Powie mi…-mruknął podirytowany, a już po chwili zmarszczył czoło i dodał- Ale o czym?
            -Cholera.-wyrwało mi się.
            -Tobie powiedziała?!- oburzył się.- Przecież ja jestem prawie jej bratem, a ty jesteś tylko…no…
            Długo szukał odpowiedniego wyrazu, ale długo nie mógł żadnego znaleźć.. Sam miałem z tym problem. Nathan doskonale wiedział, że coś dzieje się między mną a Katherine. Nie byliśmy parą, ale zwykłymi znajomymi też nie.
            -Przyjacielem.- powiedziałem w końcu.
            -Przyjacielem?- zapytał uśmiechając się znacząco.
            -Tak.
            -Dobra.- ciągnął dalej rozkładając ręce w geście rezygnacji.- Nie musicie mi nic mówić. Tylko uważajcie, jak się zamknę w sobie.
            -To ci nie grozi, Nate.- zaśmiałem się, po czym dodałem po cichu.- Niestety.
            I tak usłyszał.

*
            A więc Kath była chora? Niee, jakoś nie chciało mi się w to wierzyć. Z resztą Nathan sam dał mi do zrozumienia, że to raczej nie jest prawdziwy powód. Więc co jej było?
            -…więc co trzeba zastosować w tym przypadku, panie Redson?
            Z rozmyśleń wyrwał mnie głos Hale’a. No tak, byłem na matematyce.
            -Muszę wyjść.- powiedziałem stanowczo.
            -A gdzież panu się tak „śpieszy”?- zapytał szyderczo.
            -Do toalety.- odparłem kłamiąc mu w żywe oczy.
            -Tak, bo ci uwierzę, Redson.- prychnął.
            Nie miałem najmniejszej ochoty na kłótnie z nim, co było dziwne. Jednak w tamtej chwili myślałem tylko o Katherine i chciałem jak najszybciej opuścić salę lekcyjną. Już dawno temu obiecałem sobie, że nie będę dalej go prowokował, że nie dam mu satysfakcji. Musiałem zrobić wyjątek.
            -Tak, ma pan rację, muszę iść na fajkę.
            Powiedziałem to maksymalnie zrezygnowanym tonem. Hale wyglądał na zdezorientowanego. W końcu zwykle przekomarzałem się z nim, a teraz tak szybko się poddaję? Postanowiłem nie czekać na to, co mi odpowie. Wstałem, zabrałem plecak i skierowałem się w stronę drzwi.
            -Panie Redson, w tej chwili do dyrektora!- zagrzmiał Hale.
            Nie musiałem się nawet odwracać. Z jego tonu wywnioskowałem, że już dawno poczerwieniał ze złości. Pomyślałem sobie nawet, że może wreszcie dam mu spokój, ale jakoś nie mogłem się powstrzymać i odpowiedziałem szybko nawiązując do osoby dyrektora:
            -Zwykle jaramy w tym samym miejscu.
            Następnej odpowiedzi szanownego profesora nie usłyszałem.  Oczywiście nie wyszedłem z lekcji po to, aby się naćpać, jak wszyscy myśleli. Chciałem tylko zadzwonić. Do niej. Wyjąłem telefon i wybrałem numer. Jeden sygnał, drugi, trzeci…
            -Tak?- odezwała się cicho, miała chrypę. Natychmiast odchrząknęła. W jej głosie było coś nie tak. Niepewność? Strach? 
            -Katherine?- zapytałem głupio.
            -Shane? Przecież masz jeszcze lekcje!- oczami wyobraźni zobaczyłem jej minę i uśmiechnąłem się mimowolnie.
            -Hale pozwolił mi wyjść.- skłamałem.
            -Myślałam, że on cię nie lubi.
            Jej głos brzmiał tak niewinnie…Miałem wrażenie, że rozmawiam z małą, przestraszoną dziewczynką i za wszelką cenę chciałem ją w tamtym momencie jakoś rozbawić.
            -No co ty, przecież wszyscy mnie lubią! Powinnaś coś o tym wiedzieć.
            Byłem niemal pewien, że się uśmiecha.
            -Tak, wiem.-powiedziała pewniej.- Ale nie zrywaj się więcej z lekcji.
            -Mniejsza z tym.- odparłem wymijająco.- A teraz mi powiedz.
            -Ale co?
            Wywróciłem oczami, ale oczywiście ona nie mogła tego zobaczyć.
            -Katherine…-zacząłem.
            -Wszystko w porządku.- powiedziała szybko przerywając mi.
            -No dobra…a teraz wersja prawdziwa.
            -Naprawdę wszystko jest ok.- nawet przez telefon była złą aktorką.
            -I dlatego tak ci się głos łamie?
            -Nie łamie się.- zaprzeczyła.
            -A mam przyjechać i to sprawdzić?
            -Nie!- krzyknęła, a ja natychmiast odsunąłem telefon od ucha. Po chwili dodała spokojniej.- Nie musisz, Shane, naprawdę.- brzmiało to niemal jak prośba.
            -Czyli jednak coś jest na rzeczy.- stwierdziłem.- Będę o czwartej.
            -Nie!- krzyknęła znowu.- Wtedy Dreak będzie u mnie.
            Zacisnąłem pięści ze złości. Wiedziałem, że Katherine go nienawidzi, ale myśl, że spędza z nim czas, że z nim jest…
            -Piąta?- zapytałem przez zaciśnięte zęby. Nie ważne co by mi odpowiedziała. I tak bym przyjechał.
            -Ok.- odparła ledwo dosłyszalnie.
            -No to…do zobaczenia.
            -Do zobaczenia.
            Mimo, że już zakończyliśmy nie chciałem się rozłączać. Wsłuchiwałem się w jej miarowy oddech, co znaczyło, że ona również jeszcze się nie rozłączyła. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie, że jest przy mnie. Nie miałem pojęcia, ile czasu to trwało. Nawet gdyby zadzwonił dzwonek, pewnie bym się nie rozłączył.
            -Shane?- zapytała cicho.
            -Tak?- prawie wykrzyknąłem.
            -Dziękuje.
            Poczułem, że w tym jednym słowie, jest zawarte więcej emocji niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrazić. Jedno głupie słowo, tyle znaczące.
            -Nie masz za co, Kath.- powiedziałem i poczułem, że muszę jej powiedzieć coś jeszcze. Dwa słowa pasowały mi tutaj idealnie i miałem gdzieś, że jest jeszcze za wcześnie, ale nie chciałem zrobić tego w taki sposób, nie przez telefon.- Zależy mi na tobie.- powiedziałem w końcu.
            -Mi na tobie też.- powiedziała po chwili.
            Rozłączyła się, ale jej wyznanie jeszcze długo krążyło w moich myślach. Byłem ciekawy, czy ona też tak to odebrała, czy myślała tylko o tym. Kilka słów, które tyle zmieniają, które tyle wnoszą. No bo kto by pomyślał, że Shane Redson wraca na matematykę z własnej woli, z najgorszym, najbardziej irytującym nauczycielem świata, który w dodatku go nienawidzi. Z uśmiechem wszedłem do klasy patrząc na te wszystkie zdziwione twarze w tym jedną, po prostu rozbrajającą.


Katherine

-On cię szuka…
-Zgadza się.
-Ale nie wie gdzie jesteś.
-Wątpię, ten cały Terry znalazł mnie bez problemu.
            A skoro Terry znalazł mnie bez problemu to i mój ojciec może.- dopowiedziałam w myślach. Odkąd dowiedziałam się, że mój ojciec znów jest na wolności praktycznie nie wychodziłam ze swojego pokoju. Nawet nie można było tego nazwać strachem. To była obsesja. Bałam się nawet patrzeć w okno, tego, że siedzi gdzieś w krzakach. Za każdym razem, gdy ktoś krzyknął, zaczynałam dygotać, choć zwykle byli to bawiący się Adrew i Jason. Nigdy tak się nie bałam. Każdy krok, każdy dźwięk…wszystko mnie przerażało. Wiedziałam, że moja mama się dowie, to była tylko kwestia czasu. Może i zachowa więcej zdrowego rozsądku niż ja, ale też będzie podenerwowana i zmartwiona. Chciałam jej tego oszczędzić na jakiś czas. Była szczęśliwa z Bradem.
            -Nie dopuszczę go do ciebie.- powiedział stanowczo Dreak.
            Naprawdę czasem, a raczej często zachowywał się jak świnia, ale w tej chwili był po prostu przyjacielem, a takich chwil było niewiele. Tylko jemu mogłam powiedzieć całą prawdę, tylko jemu mogłam całkowicie się zwierzyć.
            -Prędzej czy później…-zaczęłam, ale mi przerwał.
            -Po moim trupie.
            Pozwoliłam mu przytulić się do siebie, nie odpychałam go. Czułam się przy nim bezpiecznie, w końcu dwa razy uratował mi życie.
            -Katherine, jest coś o czym chciałbym ci powiedzieć.- powiedział nagle
            -Tak?- zapytałam zaciekawiona i miałam nadzieję, że nie miał zamiaru powiedzieć tego, o co go podejrzewałam.
            -Pamiętasz, jak cię wtedy pocałowałem?- zapytał niepewnie. A jednak.
            Byłam zakłopotana. Po raz pierwszy widziałam Drake’a takiego. Takiego, czyli zupełnie innego. Wyglądał jak jakiś mały bezbronny chłopiec. Spoglądał na mnie nieśmiało, wiercił się niespokojnie wyczekując mojej odpowiedzi. Miałam ochotę znów go przytulić. Niestety wiedziałam, jakie będą skutki tej rozmowy.
            -Tak, pamiętam. Nie martw się, wiem dlaczego to zrobiłeś. Chciałeś mi dodać otuchy i w ogóle…- powiedziałam próbując ukazać to w innym świetle. Nie chciałam, żeby ten pocałunek oznaczał coś innego.
            -Nie, Katherine.- powiedział pewnie, po czym przełknął ślinę.- Zrobiłem to…zrobiłem to, bo ja…ja…Kocham cię, Katherine.
            Zrobiło mi się dziwnie gorąco, ale nie było to przyjemne. Wiedziałam co będę musiała mu odpowiedzieć i zdawałam sobie sprawę, że on oczekuje czegoś innego.
            -Dreak, ty…mówisz serio?- spytałam zakłopotana. Miałam nadzieję, że tylko się zgrywa.
            -Tak.- odparł krótko.
            -Dreak, ja…niestety…ja nie czuję tego samego.- powiedziałam roztrzęsiona.
            -Może jednak. Daj mi szansę Katherine, proszę.- wyszeptał błagalnie.
            Patrzyłam prosto w jego iskrzące się oczy. Dreak był na swój sposób atrakcyjny. Nie chodziło mi nawet o to, że był kompletną świnią. Zabolało mnie to, że gdyby nie moja „metamorfoza” pewnie nawet nie przyczepiłby się do mnie w szkole. Wtedy, po tym całym zajściu z moim ojcem, prawie wcale na mnie nie patrzył, a jeśli już to z czystą niechęcią. Zdawałam sobie sprawę, że jeśli rzeczywiście coś do mnie czuje, to tylko dlatego, że mu się spodobałam, że byłam dla niego atrakcyjna. Może gdyby nie ten fakt no i gdyby nie Shane…
            Dreak widział po mojej minie, że na pewno nie dam mu szansy i żeby to zmienić pochylił się nade mną i w tej właśnie chwili, w drzwiach stanął Shane. Jak zwykle na jego widok serce zabiło mi mocniej, choć teraz z nieco innego powodu. Już się bałam, że rzuci się na Beards’a, ale zrobił coś innego, coś, co bardzo mnie zabolało. Popatrzył w moje oczy ze smutkiem i odszedł nic nawet nie mówiąc. Na początku myślałam, że wybuchnę płaczem albo że za nim pobiegnę, ale zobaczyłam triumfujący uśmiech Dreak’a  i smutek ustąpił miejsce wściekłości.
            -Odsuń się!- wrzasnęłam na niego zrywając się z łóżka.
            -Ja tylko…-zaczął zaskoczony.
            -Powiedziałam, że nie! Nic do ciebie nie czuję!
            Nagle jego twarz zupełnie się zmieniła. Zamknął usta, cały poczerwieniał ze złości. Wstał sztywno i wycedził przez zaciśnięte zęby:
            -A więc wolisz takich bogatych gnojków jak Redson?
            -Shane jest zupełnie inny!- wykrzyknęłam nie mogąc opanować wściekłości.
            -Tak, oczywiście skarbie. Szkoda tylko, że nie możecie być razem. W końcu nasza umowa nadal obowiązuje!
            I wyszedł szybko z mojego pokoju, a ja nawet nie zdążyłam zaprotestować. Do oczu cisnęły mi się łzy. W końcu uświadomiłam sobie, że wcale nie jestem zła na niego czy Shane’a, ale na siebie. Jak mogłam tak bardzo ich zranić?



Kilka dni później…

            Shane nadal się do mnie nie odzywał. Czasem przyłapywałam go na ukradkowych spojrzeniach. Nie wydawał się zły, ale był kompletnie obojętny w stosunku do mnie. Rozumiałam go. Najpierw powiedziałam, że mu na mnie zależy, a potem widział jak niemal pocałowałam się z Dreakiem, choć tak czy siak bym tego nie zrobiła. Słyszałam, że jutro urządza imprezę u siebie w domu pod pretekstem świętowania wygranego meczu. Wiedziałam jednak, że robi tą imprezę tylko i ze względu na mnie. Po pierwsze: mecz miał być dzisiaj, w piątek, a on urządzał imprezę w sobotę. Po drugie: skąd miał pewność, że wygrają? W każdą sobotę przychodziłam zająć się jego bratem. Jeśli Shane urządzi wtedy imprezę, Tymothy nie będzie mógł zasnąć co oznaczało, że będę musiała zostać tam dłużej. Nie miałam pojęcia czy Shane chciał mi zrobić na złość, czy po prostu chciał ze mną porozmawiać po imprezie…W końcu w szkole nie mogliśmy tego zrobić. Dreak był jeszcze gorszy niż na początku. Gwałtownie przyciągał mnie do siebie, całował mnie na oczach wszystkich, mało tego musiałam udawać, że mi się to podoba! Znów był szantażystą
            Na mecz poszłam z Nathanem i Aly. Myślałam, że cały czas będzie panowała między nami niezręczna cisza, w końcu Aly wstydziła się Nate’a, a on z kolei nie wiedział, jak się przy niej zachowywać. Już chciałam mu szepnąć na ucho, żeby na trybunach usiadł obok niej, ale okazało się, że nie muszę go o to prosić. Wkrótce zaczęli rozmawiać i choć na początku była trochę oschła i małomówna, wkrótce mój starszy brat przekonał ją do siebie. Choć kompletnie bym się tego nie spodziewała Nathan Adams okazał się w tym momencie najdojrzalszym facetem w moim otoczeniu.
            Starałam się skupić na meczu, a ściślej mówiąc na Shanie. Patrzyłam na każdy jego ruch i nie przeszkadzało mi, że miał na głowie kask. Po chwili Dreak musiał zejść z boiska, bo kilka razy kogoś sfaulował, a potem nawrzeszczał na sędziego. W dodatku, gdy był jeszcze na boisku toczył nieustanną walkę, ale nie z przeciwną drużyną, tylko z Shane’em. Choć powinni współpracować (w końcu byli w tym samym teamie) ciągle sobie przeszkadzali. Odkąd Beards zszedł z boiska nasi zaczęli nadrabiać punkty.
            Oczywiście drużyna naszej szkoły wygrała mecz, ale nie cieszyłam się z tego tak jakbym chciała. Nie było tak, jak w tych wszystkich głupich komediach romantycznych. Mój ukochany nie podszedł do mnie i nie pocałował mnie czule. Mało tego, minął mnie bez słowa. Choć ja wpatrywałam się w niego uporczywie cały czas, on nie zrobił tego ani razu. A potem? Ahh…a potem był Dreak.

*


            Zaskoczył mnie. Naprawdę mnie zaskoczył. Wychodząc z pokoju, jeszcze raz spojrzałam na łóżko. Była dopiero dziesiąta, a Tymothy naprawdę spał! Zastanawiałam się nawet, czy nie udaje…W końcu dałam za wygraną i zeszłam na dół, gdzie wciąż panowała dzika impreza. Oczywiście ludzi było sporo, może nawet połowa szkoły. Wzrokiem szukałam Nathana. Znalazłam go na parkiecie razem z Aly. Widać było, że świetnie się razem bawią. Choć niektórzy rzucali w stronę mojej przyjaciółki nieprzyjemne i złośliwe spojrzenia, była zbyt zajęta, by to zauważyć. Naprawdę życzyłam im szczęścia, ale chciałam jak najszybciej się stamtąd wydostać. Zrezygnowana oparłam się o jeden ze stołów i miałam zamiar poczekać, aż skończą tańczyć. Nagle zobaczyłam Shane’a zmierzającego w moją stronę.
            -Chcesz zatańczyć?- zapytał bez ogródek.
            Nie dałam rady ukryć swojego zdziwienia.
            -Nie jesteś zły?- zapytałam.
            -Byłem, naprawdę.- odparł szczerze.- Kiedy zobaczyłem ciebie i Dreak’a pomyślałem, że naprawdę chcesz z nim być. Potem widziałem was razem w szkole i uświadomiłem sobie, że to niemożliwe.
            Kamień spadł mi z serca. Uśmiechnęłam się i zaczęłam cieszyć się jego bliskością. Jednak nie wszystko było dla mnie jasne.
            -Dlaczego się do mnie nie odzywałeś?
            -Ja…trochę bałem się, że jesteś wkurzona i…no wiesz, on zawsze był z tobą i…
            Pewnie tłumaczył by mi się dalej, ale przerwałam, dając mu całusa w policzek. Nagle coś sobie uświadomiłam i zaczęłam się nerwowo rozglądać. Shane odgadł moje myśli.
            -Spokojnie, nie ma go tutaj.-powiedział z uśmiechem.- To jak, tańczymy?
            -Ja…
            I właśnie w tym momencie z głośników popłynęły pierwsze dźwięki Moves like Jagger. Shane uśmiechnął się łobuzersko i przycisnął mnie lekko do stołu całkowicie do mnie przylegając. Poczułam, jak rusza się w takt piosenki. Potem pochylił się nade mną i mówiąc dotykał wargami mojego ucha. Moim ciałem wstrząsnął przyjemny dreszcz, a na ciele pojawiła się gęsia skórka.
            -Ruszam się o wiele lepiej niż Jagger.- powiedział.
            Zaśmiałam się, a on natychmiast oderwał się ode mnie i pociągnął na parkiet nie przestając tańczyć. Gdy byliśmy już na parkiecie znów wtuliliśmy się w siebie. Shane położył swoje ręce na moich plecach i zaczął nimi zjeżdżać w dół. Robił to powoli. Z pewnością obawiał się mojej reakcji. W końcu zatrzymał się tuż nad pośladkami i jeszcze mocniej wtuliliśmy się w siebie. Miałam wrażenie, że miejsca, gdzie dotykał mnie swoim ciałem płoną i nie było to nieprzyjemne uczucie. Chciałam to czuć ciągle, zawsze. Tak przetańczyliśmy całą piosenkę. Potem nadszedł czas na wolniejszy kawałek- Beautiful. Bez problemu to rozpoznałam. Położyłam głowę na jego ramieniu, a on zaczął szeptać mi do ucha słowa piosenki.
            -W nocy śni mi się, że zostałaś wysłana do mnie z nieba. Moje życie wydaje się być takie samotne bez Ciebie. Mogłabyś zmienić każdy mój dzień. A ja zawsze myśląc o miłości myślałbym o twoim imieniu. Piękna... jak letni deszcz porywający zimową plamę. Piękna... jak poranne słońce zapraszające świt do powstania. Piękna... jak radość, która przychodzi kiedy miłość, za którą zatęskniłeś właśnie się zaczęła.
            I tak wtuleni w siebie zapomnieliśmy o całym świecie. Czas stanął w miejscu, myślałam tylko o nim, o jego dotyku, który rozbudzał we mnie jakiś płomień, który do tej pory został nienaruszony, który cały czas się krył.
            Słyszałam jak Shane żegna kolejnych wychodzących, ale nie chciałam otworzyć oczu. Nie obchodziło mnie, co ludzie ze szkoły będą o mnie mówić. Cieszyłam się tą chwilą. Gdy w końcu otworzyłam oczy okazało się, że jesteśmy sami. Nie wiedziałam ile czasu minęło. Powoli oderwaliśmy się od siebie. Spojrzałam Shane’owi w oczy. Było w nich tyle szczęścia, radości i…miłości. Nagle zakręciło mi się w głowie. Na szczęście, w porę to zauważył i podtrzymał mnie.
            -Wszystko w porządku?- zapytał.
            -Tak, ja tylko…- miałam strasznie zachrypnięty głos przez to, że długo nic nie mówiłam, więc natychmiast odchrząknęłam.- …potrzebuję świeżego powietrza.
            Shane poprowadził mnie na taras. Tutaj, w przeciwieństwie do salonu, było czysto. Odetchnęłam głęboko, nabierając do płuc rześkiego powietrza. Natychmiast otrzeźwiałam.
            -Która godzina?- zapytałam.
            Shane drgnął. Cały czas wpatrywał się we mnie i dopiero po chwili wyciągnął komórkę.
            -Trzecia nad ranem.- powiedział.
            Przeżyłam szok. Jak mogłam tak długo z nim tańczyć?! Nawet nie czułam upływu czasu, a okazało się, że minęło już kilka godzin!
            -Moja mama…-zaczęłam, ale przerwał mi.
            -Spokojnie, Kath.- powiedział.- Nathan powie twojej mamie, że dzisiaj śpisz u Tymothy’ego.
            -Widzę, że wszystko zaplanowałeś.- powiedziałam żartobliwie.
            Uśmiechnął się i znów objął mnie swoimi ramionami.
            -Uknułem.- powiedział pochylając się nade mną. Nasze nosy się stykały. Nasze usta dzieliły milimetry.- Katherine, tak bardzo bym chciał…
            Czułam, jak szybko bije jego serce, moje biło tak samo, oba w jednym rytmie. Położyłam ręce na jego szyi i wyszeptałam.
            -Ja też…
            Shane przycisnął mnie do siebie jeszcze bardziej i znów poczułam przyjemne dreszcze i ten ogień. Nasze usta się zetknęły. Poczułam jego rozpalone i miękkie wargi na moich własnych. Wstrząsnął mną silny dreszcz podniecenia. Jego dłonie błąkały się po całym moim ciele, zostawiając po sobie ogniste ślady. Tak bardzo tego pragnęliśmy. Czułam jego głód, cały czas mocno przyciskał mnie do siebie. Wplątałam swoje ręce w jego włosy jeszcze mocniej przyciskając jego wargi do moich. Pocałunek był długi i namiętny, aż zakręciło mi się w głowie. Oderwaliśmy się od siebie dopiero, gdy zabrakło nam tchu, ale już po chwili nasze usta znów się złączyły. Czułam każdy jego mięsień. Shane widząc, że może pozwolić sobie na coś więcej, trochę podniósł mi bluzkę i swoimi gorącymi dłońmi dotykał mojego rozpalonego ciała. Westchnęłam z rozkoszy i poczułam, że się uśmiecha. Chciałam, żeby posunął się jeszcze bardziej, żeby pozwolił sobie na jeszcze więcej, ale w tym właśnie momencie oboje usłyszeliśmy dźwięk otwieranych drzwi. Oderwaliśmy się od siebie niechętnie i spojrzeliśmy w tamtym kierunku.
            Na tarasie stał Dreak.
















***
No i jak wam się spodobało? Wiem, wiem...długo czekaliście. No więc już mówię, że następny rozdział będzie ostatnim rozdziałem pierwszej części. Druga część będzie się znajdowała na innym blogu, jeszcze muszę to sobie rozplanować. Następny rozdział pojawi się za dwa tygodnie, jeszcze na tym blogu. A to mój nowy twitter: @polishberry
Ale piszcie jak wam się podobał rozdział! Z góry przepraszam za błędy, ale nie mam siły ich sprawdzić. Jutro do szkoły :/


czwartek, 1 listopada 2012


Rozdział trzynasty


Katherine

         Wcale nie odczułam ulgi. Wręcz przeciwnie. Odczuwałam na przemian przechodzące przez moje ciało fale ciepła i zimna. Zdawało mi się, że krew krzepnie w moich żyłach. Gdybym miała jeszcze raz powtórzyć te dwa słowa, pewnie bym tego nie zrobiła. Moje policzki stały się jakby cięższe, a cała twarz odrętwiała. Shane siedział sztywno i opierał się rękoma na kolanach. Patrzył w dół, na podłogę, ale wiedziałam, że ma przed oczyma zupełnie inny obraz. Po chwili zacisnął ręce w pięści, aż pobielały mu knykcie.
         -Jak ten skurwiel mógł zrobić coś takiego…?
         Powiedział to tak cicho, a jednak usłyszałam każde słowo. Poczułam, że krew znów buzuje w moich żyłach.
         -Co?- zapytałam półprzytomnie.
         Shane najwyraźniej pomyślał, że nie dosłyszałam.
         -Jak Beards mógł ci to zrobić? Wiedziałem, że to kretyn, ale…
         Nagle wstał i zaczął kierować się w stronę drzwi. Cały czas miał zaciśnięte pięści i dyszał ciężko. Nigdy nie widziałam go w takim stanie i byłam przerażona.
         -Shane! Co ty robisz?- zawołam za nim.
         -Dostanie za swoje…już dawno powinien.
         -Ale to nie tak!- zawołałam znowu i wstałam.- To nie on mi to zrobił!
         Podziałało. Chłopak zatrzymał się i odwrócił.
         -Jak to?
         -On tylko to widział. Był świadkiem, nie sprawcą.
         W miarę, jak mówiłam, Shane był co raz bliżej mnie. Spuściłam wzrok, bo wiedziałam, że mógłby z niego wyczytać o wiele więcej, a nie podjęłam jeszcze decyzji.
         Był już obok i delikatnie ujął moją rękę.
         -Opowiedz mi.- powiedział cicho.
         Znowu usiedliśmy na kanapie. Wzięłam głęboki oddech. Czułam jego uspokajający dotyk. Tak naprawdę sama jego obecność uspokajała. Jeszcze przed chwilą był wzburzony i wściekły. Bałam się nawet, że będę pretekstem, pod którym Shane będzie mógł odegrać się na Dreak’u, czego tak bardzo pragnął. Nie chciałam być kartą przetargową ani żadną nagrodą, takim dodatkiem do zwycięstwa. Ale Shane się opamiętał. Widziałam teraz, jak bardzo mu na mnie zależy. Widziałam, że pod tą jego skorupą, którą pokazuje na co dzień, kryją się jakieś uczucia, co mi właśnie udowodnił. Mimo to nie chciałam mu powiedzieć wszystkiego.
         -Miałam czternaście lat. Wszedł do pokoju i tam mnie zgwałcił. Dreak ma rodzinę w East End, mieszkali obok naszego domu. Usłyszał, jak krzyczałam i przybiegł. Dalej nic nie pamiętam, bo zemdlałam. Prosiłam go, żeby nikomu nie mówił…wstydziłam się. Teraz mieszkam tutaj, a Dreak mnie rozpoznał i kazał mi spłacić dług. Gdybym się nie zgodziła, wszyscy by się dowiedzieli.
         Moja historia okazała się zaskakująco krótka, płytka i jakby nie moja. Ominęłam pewne szczegóły, no i tą najważniejszą informację. Ale jak mogłabym mu powiedzieć, że zgwałcił mnie własny ojciec? Nawet sama przed sobą odrzucałam tą myśl.
         Shane się zastanawiał. Atmosfera zdawała się być ciężka, ale wiedziałam, że tylko ja tak to odczuwam. W końcu skłamałam, a w każdym razie nie powiedziałam całej prawdy.
         -Ale jak ten ktoś wszedł do domu? Złapali go?- odezwał się.
         Miałam głupią, dziecinną nadzieję, że nigdy nie zada mi tego pytania. Ale Shane Redson nie był głupcem i nie wydawał się w stosunku do mnie obojętny.
Znów musiałam skłamać.
         -Ja…nie wiem, chyba nie.
         Na te słowa chłopak zmarszczył czoło, ale chyba widział, że nie chcę dłużej ciągnąć tego tematu, więc nie zadawał więcej pytań. Powoli wstał, nie puszczając mojej ręki.
         -Chodź.- powiedział.
         Trochę zdziwiona, posłusznie wstałam. Nie zadawałam żadnych pytań, po prostu nie czułam takiej potrzeby.
         Kierowaliśmy się schodami w górę. Shane wydawał się zdecydowany. Ja byłam trochę zdziwiona, ale ufałam mu całkowicie. Stanęliśmy przed drzwiami znajdującymi się na lewo od pokoju Tymothy’ego. Domyśliłam się, że jest to pokój Shane’a, ale jeszcze nie wiedziałam, w jakim celu mnie do niego zaprowadził.
         Pokój nie był duży, ale bardzo przytulny. Na ścianach nie wisiały żadne plakaty, ani obrazki. Było za to dużo…półek. I to półek z książkami! Zastanawiałam się, czy to na pewno pokój chłopaka, który stał obok mnie uśmiechając się lekko na widok moich rozchylonych ze zdziwienia ust. Zauważyłam też gitarę stojącą przy biurku i wyjście na balkon. W całym pokoju panował półmrok, a oświetlała go jedynie lampka stojąca przy łóżku, co dało w wyniku romantyczny i trochę tajemniczy nastrój.
         -Muszę ci coś pokazać.- powiedział cicho i podszedł do jednej z półek.
         Podszedł do mnie z notesem oprawionym w brązową skórę z wytłoczonymi wzorami.
         -Otwórz.- szepnął.
         W pierwszej chwili myślałam, że to może jego pamiętnik. Ale Shane? I pamiętnik? Wydawało mi się to niemożliwe, choć po zobaczeniu jego pokoju, nie wiedziałam już, co mam myśleć.
         Otworzyłam notes powoli, żeby nie wyjść na ciekawską. Pierwsza strona: Shane Redson. Przynajmniej podejrzewałam, że tak właśnie jest tam na pisane. Przewróciłam na drugą stronę i zobaczyłam o wiele więcej tekstu. Podeszłam bliżej lampki i usiadłam na łóżku, aby lepiej widzieć. Tekst okazał się być wierszem…przepięknym wierszem.
         -Oh…- szepnęłam z zachwytu.- Shane to jest…piękne.
         Chłopak opierał się o jedną z półek i podrapał się z tyłu głowy. Wyglądał jak jakiś dzieciak, który coś zbroił, a jego czyn wyszedł na jaw. Podsumowując- zupełnie nie jak Shane.
         W końcu usiadł obok mnie, a ja przewróciłam kartkę. Zobaczyłam tytuł i w jednej chwili zrozumiałam.
         -I still remember- szepnęłam.- Więc to ty…
         Spojrzałam na niego z uwielbieniem. To on był autorem piosenek zespołu Nathana. To on napisał te wszystkie, piękne teksty, które przecież nawet śpiewałam i grałam!
         -Mówiłem, sekret za sekret. Zdradziłaś swój…a ten jest mój.




Shane

         Nareszcie miałem ją przy sobie…i tylko dla siebie. Katherine leżała obok mnie, na boku opierając się jedną ręką, wpatrzona w moje wiersze jak zaczarowana. Z takim samym uwielbieniem ja patrzyłem na nią. Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście.
         -Jesteś niesamowity.- powtórzyła któryś raz z rzędu.
         Uśmiechnąłem się i powoli zabrałem jej mój zeszyt.
         -Chodź do mnie.- powiedziałem delikatnie.
         O dziwo nie zerwała się z łóżka i nie oznajmiła mi, że musi iść do domu- tego bym się po niej spodziewał. Położyła głowę na mojej piersi, a ja zacząłem gładzić jej włosy. Czułem jej migdałowo- waniliowy zapach, który doprowadzał mnie do szaleństwa, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Chciałem ją pocałować, co potwierdziło by fakt, że nie jesteśmy już tylko przyjaciółmi. Bardzo tego pragnąłem, ale wiedziałem, że jeszcze nie pora. Musieliśmy rozwiązać jeszcze niektóre problemy, zarówno ona jak i ja. Mało tego wciąż miałem w głowie obraz dziewczyny z koncertu. Choć w ogóle jej nie znałem, choć widziałem ją zaledwie kilka minut, choć Katherine była sto razy piękniejsza…wciąż coś do niej czułem. Jak to w ogóle możliwe? Kochać kogoś, kogo się nigdy nie znało i kogo już nigdy się nie pozna…?
         -Jak to będzie, Shane?
         -Jakoś sobie poradzimy, zobaczysz. Gdybyś tylko zerwała z Dreak’iem…
         -Wiesz, że nie mogę.
         -Możesz Katherine. Musisz tylko przestać się bać.
         -Nie rozumiesz, że on wszystkim powie?
         -Wiem. To kretyn. Ale przecież mi powiedziałaś i nie było źle. Popatrz na nas. Gdyby to wszystko potoczyło się inaczej, pewnie jeszcze przez długi czas nie wiedzielibyśmy, co do siebie czujemy.
         -A…co czujemy?
         Pocałowałem ją w jej gładkie czoło i poczułem, że się uśmiecha.
         -Tak tylko się droczę.- powiedziała.
         Było tak, jakbyśmy robili to od zawsze, jakby to była norma, a równocześnie było to takie niezwykłe. Czułem, że tak powinno być już zawsze. Fakt, że pragnąłem Katherine to potwierdzał. Nawet nasze ciała pasowały do siebie. Nie potrzebowaliśmy żadnych słów. Po prostu byliśmy. Wkrótce Katherine zasnęła i mi też oczy zaczęły same się zamykać, ale w tej samej chwili moja komórka zaczęła wibrować. Delikatnie wyjąłem ją z kieszeni spodni, tak, aby nie obudzić Kath. Wyświetlił się numer Nathana.
         -Tak?- zapytałem szeptem.
         -Cześć, stary. Sory, że cię budzę…
         -Spoko, jeszcze nie śpię.
         -Katherine nie wróciła jeszcze do domu. Dzwonimy na jej komórkę, ale chyba ma wyłączoną. Jej mama dostaje szału. Może ty wiesz, gdzie jest…?
         -Komórka się jej rozładowała. Katherine jest u mnie.
         W słuchawce zapanowała cisza, ale wiedziałem, że nie ma żadnych zakłóceń.
         -Co?
         -Katherine jest ze mną. Zasnęła, a nie chce jej budzić.
         Znów chwila ciszy.
         -Czy wy…?
         -Nie.
         -Stary, ja ci wierzę, ale co mam powiedzieć jej mamie?
         -Powiedz, że Katherine ma rozładowaną komórkę i zasnęła razem z Tymothy’m.
         -Ok., spoko. Nareszcie się doczekałeś…
         -Niby czego?
         Wiedziałem, o co mu chodzi, ale udawałem zdziwionego.
         -Myślisz, że o niczym nie wiedziałem?
         -Gadasz od rzeczy, Nate…lepiej idź spać.
         -Tak, tak…już idę, idę. Miłej nocy, Shane. Choć to już ci raczej nie jest potrzebne.
         -Zamknij się.- powiedziałem kończąc tym samym rozmowę.
         Po telefonie Nathana, jeszcze długo nie mogłem przestać się uśmiechać. Skoro wszystko wydawało się w jak najlepszym porządku, to dlaczego i tak było źle? Odpowiedź na to pytanie stanowiło jedno imię: Dreak, choć w głębi serca czułem, że to nie jest jedyny problem i nawet, gdy zostanie rozwiązany pojawią się kolejne. Bo w końcu, czym jest życie bez problemów?





Katherine

         Jeszcze długo stałam przed domem i uśmiechałam się sama do siebie. Choć Shane już odjechał, wciąż miałam przed sobą jego obraz. Wciąż widziałam jego arogancki uśmieszek, czułam jego dotyk na swojej skórze. Czułam dokładnie jego zapach, cała nim przesiąknęłam. W końcu spałam na jego łóżku, w jego ramionach! Na wspomnienie o tej nocy, choć całkowicie zwyczajnej, to jednak niesamowitej, po moim ciele wędrowały przyjemnie dreszcze. Kto by pomyślał, że tamten wieczór tak się skończy…
         Cała w skowronkach weszłam do domu. Wszyscy jeszcze spali, a ja w cale nie odczuwałam takiej potrzeby. Byłam wypoczęta jak nigdy! Rześkim krokiem ruszyłam więc do kuchni i wyjęłam z lodówki mój ulubiony sok pomarańczowy. W tej samej chwili zadzwoniła komórka mamy, którą zawsze zostawiała na parapecie. Spojrzałam na wyświetlacz.
         -Caleb Hurt.- przeczytałam cicho.
         Coś mi to nazwisko mówiło. Po chwili wahania odebrałam.
         -Tak?
         -Witaj Lauro, tu komendant Hurt. Niestety nie mam dobrych wieści.
         Przypomniałam sobie. Pan Caleb Hurt był komendantem policji w East End. Wiedziałam, o co może chodzić, ale równocześnie nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Przez telefon mój głos nie różnił się zbytnio od głosu mamy, więc postanowiłam dalej ją udawać. Podejrzewałam, że mama nigdy nie powiedziałaby mi, o co chodziło. Nie chciałaby mnie martwić.
         -A co się stało?- zapytałam, próbując opanować drżenie w moim głosie.
         -Dziś w nocy Jonathan uciekł z więzienia. Podejrzewamy, że pomógł mu w tym niejaki Terry Cavanah, który zbiegł pół roku temu. Podobno planowali to od dawna. Uważaj na siebie, a przede wszystkim na Katherine. On chce ją znaleźć. Będę informował cię na bieżąco, jak to robiłem do tej pory…Laura? Jesteś tam? Halo? Halo? Pieprzony zasięg...








sobota, 22 września 2012


Rozdział dwunasty

Shane

         -Do czego cię przyrównać? Do dnia w pełni lata? Jesteś od niego bardziej i świeża, i stała. Jeszcze w maju wiatr nieraz mrozem pąk omiata a letnia pora nie trwa, jak obiecywała. Niebios złociste oko to nazbyt świat pali swoim żarem, to kryje blask za sine chmury; Nic, co piękne, pełnego piękna nie ocali, odzierane zeń trafem lub prawem natury: Lecz twoje wieczne lato nie wie, co jesienie, nie straci barwy, którą jest twoja uroda, ani cię Śmierć nie wciągnie w zapomnienia cienie, gdy w rymie nad Śmierć trwalszym, przetrwasz wiecznie młoda. Póki tchu w piersiach ludzi, póki w oczach wzroku- wiersz żyw będzie i tobie nie da zginąć w mroku…
         Kepling skończył czytać i odłożył kartkę po czym popatrzył na klasę. Wszyscy wyglądali na zmęczonych albo znudzonych. Cóż, to była ostatnia lekcja. Siedząca obok mnie Katherine wydawała się jednak zainteresowana. Podczas gdy nauczyciel czytał miała lekko przechyloną w bok głowę, jakby starała się zrozumieć.
         -Wiem, że nie ma sensu, ale…czy ktoś może wie, kto jest autorem tego wiersza?- kontynuował Kepling.
         Zero reakcji ze strony klasy. Ja natomiast szybko spuściłem głowę w dół. Niestety zrobiłem to zbyt gwałtownie.
         -Panie Redson…?- zapytał.
         Wiedział, że jestem dobry z angielskiego, zwłaszcza jeśli chodzi o literaturę. Na szczęście był jednym z tych nauczycieli, którzy nie czytali stopni na głos. Inaczej wyszłoby na jaw, że moje oceny z testów są więcej niż przyzwoite.
         W tamtej chwili mogłem odpowiedzieć, że nie wiem, ale tego nie zrobiłem.
         -To Szekspir.- powiedziałem.
         Oczy wszystkich skierowane były w moją stronę. Dokładnie wszystkich. Po raz pierwszy w życiu, w takiej sytuacji poczułem się nieswojo, mimo iż wiedziałem, że odpowiedź jest prawidłowa. Kepling uśmiechnął się do mnie.
         -Tak, to Szekspir. A czy ktoś może mi powiedzieć o czym jest ten wiersz?
         Znów kompletny brak reakcji. Nauczyciel westchnął i spojrzał na klasę z politowaniem po czym znów zwrócił się do mnie.
         -Shane, wydaje mi się, że i na to pytanie znasz odpowiedź.
         Oczywiście, że znałem. Poczułem się w tamtej chwili jak kujon, ale prawda była taka, że po prostu lubiłem poezję. Była dla mnie lepszą i piękniejszą formą okazywania uczuć i emocji, jakie w nas drzemią. Ale co stałoby się, gdyby ktokolwiek się o tym dowiedział? Już miałem odpowiedzieć przecząco, gdy dostrzegłem, że Katherine patrzy na mnie zaciekawiona, jakby nie dowierzała. Postanowiłem zadziwić ją jeszcze bardziej.
         -W wierszu jest oczywiście mowa o miłości. Podmiot próbuje przyrównać ukochaną osobę do jakiejś rzeczy, zjawiska, ale uroda ukochanej przewyższa wszystko. Na początku porównuje ją do dnia w lecie, ale ona jest świeższa i stała, nie przemija, a dzięki wierszowi zostanie zapamiętana na wieki. Nawet Śmierć nie będzie w stanie strącić ją w mrok, jakim jest zapomnienie.
         Reakcja klasy była jeszcze dziwniejsza niż za pierwszym razem. Wszyscy się ożywili, niektórzy wyprostowali. Katherine otwarła lekko usta ze zdziwienia. Kepling nie wyglądał na zdziwionego, raczej na usatysfakcjonowanego. Nie byłoby tak źle, gdyby Beards nie zaczął się śmiać. Już miałem rzucić jakiś wredny tekst i powiedzieć mu, żeby przestał rzucać na wszystkie strony tym swoim zjebanym ryjem, ale poczułem na swojej zaciśniętej pięści uspokajający dotyk Katherine.
         -Śmieje się pan z tego, że nie zrozumiał czy z ogółu swojej głupoty?- zapytał Kepling ze stoickim spokojem.
         Dreak natychmiast zamilkł, a ja nie mogłem się powstrzymać i uśmiechnąłem się pod nosem. O dziwo, Kath też wydawała się rozbawiona. Naprawdę zaczynałem nie rozumieć tego ich całego związku. Gdy nauczyciel znów wrócił do tematu Szekspira, Katherine odezwała się do mnie szeptem.
         -Jak ty…to znaczy skąd…?
         -Nieważne.- odparłem.
         Nie chciałem być niemiły, ale gdybym jej powiedział, że lubię czytać poezję mogłaby sobie pomyśleć, że to ja jestem autorem piosenek Nathana, co z resztą było prawdą. Nikt nie mógł się dowiedzieć. Będąc anonimowym mogłem powiedzieć to, co chciałem, dać upust temu, co dusiłem w środku i równocześnie się tego nie wstydzić. Nagle wpadłem na pewien pomysł.
         -Mógłbym ci powiedzieć, gdybyś ty powiedziała mi, dlaczego jesteś z tym idiotą.- szepnąłem do niej.
         Otworzyła szeroko oczy, nie jestem pewien czy ze zdziwienia, czy z oburzenia.
         -Ja…jest miły…
         -Miły? I na pewno rozmawiamy o Beardsie?- zakpiłem.
         -Dla mnie jest miły.- odparła dumnie.- A po za tym przystojny, gra w football…
         -…tylko szkoda, że go nie kochasz.- dokończyłem za nią.
         -A co ty wiesz o miłości?
         Auć, trochę zabolało.
         -Ostatnio co raz więcej.
         Kompletnie zbiłem ją z tropu. Odwróciła wzrok i znów słuchała Keplinga, choć byłem pewien, że w jej głowie aż roi się od myśli. Gdy rozległ się dzwonek powiedziałem tylko:
         -Coś za coś.
         I odszedłem.



Katherine

         Jak on śmiał? Jak mógł powiedzieć, że nie kocham Dreak’a? Nie ważne, że miał rację, ale jak śmiał mi to powiedzieć? A ile pewności było w jego głosie! Z drugiej strony jednak mi zaimponował. To, jak zinterpretował wiersz Szekspira…Nigdy bym nie przypuszczała…to znaczy wiedziałam, że jest w nim jakaś głębia, ale nie taka. Może związek z tą całą Jefferson go zmienił? Nie…nie był w niej zakochany. Gdyby tak było to nie chciałby mnie pocałować. A gdy mi powiedział, że ostatnio wie co raz więcej o miłości? Może to była aluzja? Może mnie miał na myśli?
         Pogrążona w rozważaniach nie zauważyłam Aly, która czekała na mnie przed wejściem do szkoły. Dziewczyna już przyzwyczaiła się do mojej obecności i miałyśmy ze sobą zdecydowanie lepszy kontakt, choć nadal mi nie ufała i nie można było tego nazwać przyjaźnią. JESZCZE nie. Brakowało nam tego „czegoś”. To, że na mnie czekała było miłą odmianą, bo zazwyczaj musiałam ją doganiać.
         -Cześć Aly!- powiedziałam z uśmiechem.
         -Cześć.- odparła, ale nie uśmiechnęła się.
         Od jakiegoś czasu wracałam ze szkoły z Aly. Oczywiście tylko wtedy, gdy mój „chłopak” miał trening, a więc zaledwie dwa razy w tygodniu.
         Na parkingu zauważyłam właśnie mojego „braciszka” i Shane’a. O czymś rozmawiali i śmiali się. Gdy Nate nas zauważył pomachał nam, a ja odwzajemniłam jego gest. Aly oczywiście tego nie zrobiła. Spostrzegłam, że mój współlokator dziwnie na nią patrzy, tak…nienormalnie. Postanowiłam nie zwracać na to większej uwagi i ewentualnie później zapytać Nathana o co chodziło.
         -Jak ci poszła kartkówka z chemii? Mi nie za dobrze…- zaczęłam.
         -Wystarczy umieć pisać stopnie utleniania, a bilans pójdzie z górki.
         -Tak…tyle że ja niczego nie umiem. Nienawidzę chemii.
         -Pani McKinley prosiła mnie, żebym ci pomogła.- wypaliła nagle Aly.
         -Ty? Dlaczego?- zdziwiłam się.
         -Bomamsześćzchemii.- powiedziała szybko.
         -Co? Przepraszam, ale nie zrozumiałam.
         Westchnęła głośno i powiedziała.
         -Mam sześć z chemii.
         Zatkało mnie totalnie. Najpierw Shane z Szekspirem, teraz Aly z chemią i co jeszcze? Może Dreak jako spec od funkcji trygonometrycznej?
         -Myślałam, że nie lubisz się uczyć.- wydusiłam z siebie w końcu.
         -Wszystko mi tak jakoś łatwo wchodzi.- powiedziała wzruszając ramionami.
         -Wszystko?- zapytałam ze zdziwieniem.
         -Gdybym nie miała opinii dziwki to byłabym kujonem.- stwierdziła.
         -Czyli, że masz dobre oceny nie tylko z chemii?
         Znowu westchnęła.
         -Nie mam niższych ocen niż czwórki.
         -No nie!
         -Ale jak komuś o tym powiesz, nie ręczę za siebie.
         -Ok., ok…mądralo.
         Najpierw spojrzała na mnie groźnie, ale już po chwili śmiałyśmy się głośno. Wiedziałam, że Aly tak naprawdę mnie lubi. Problem w tym, że ona jeszcze tego nie wiedziała.




         Siedziałyśmy na moim łóżku i uczyłyśmy się na chemię. Dzięki Aly prawie zrozumiałam te całe redoksy. Dowiedziałam się też o niej wielu rzeczy, na przykład, że po liceum ma zamiar pójść na medycynę. Było tak, jakby zostawiła tę oziębłość w murach szkoły. Dopiero tutaj, w moim pokoju otworzyła się przede mną. Dopiero tutaj ją poznałam. Nagle do pokoju wszedł Nathan.
         -Katherine nie widziałaś gdzieś mojego MP3? Podejrzewam, że zwędzili mi go Jason i Andrew, ale…- i dopiero teraz zauważył moją towarzyszkę.- Cześć Aly.
         -Cześć Nathan.- odparła nie patrząc się na niego.
         Zastanawiałam się, co ich łączy, bo ich zachowanie nie było normalne i byłam pewna, że nie chodzi tutaj o reputacje Aly.
         -To ja już pójdę.- powiedział brunet, po czym szybko opuścił pokój.
         -Co to miało być?- zapytałam Aly.
         Ta wzruszyła tylko ramionami, więc skrzyżowałam ręce na piersiach i patrzyłam wyczekująco.
         -Nathan był moim chłopakiem.
         -Że co?!
         -Ale w podstawówce! To nic takiego!
         -No wiesz…niby nie. Ale podoba ci się jeszcze?
         Prychnęła i odwróciła wzrok
         -Jasne, że nie.
         Nie byłam dobrą aktorką, ale Aly w ukrywaniu swoich uczuć była sto razy gorsza. Jak ja mogłam nie zauważyć tego wcześniej? Aly i Nathan, no kto by pomyślał!
         -Ale to nie wszystko.- kontynuowała.- Jakieś pół roku temu Nathan pobił jednego chłopaka, bo nazwał mnie…dziwką.
         -Aly…
         -Nie Katherine, proszę daj mi skończyć.
         -Ok.
         -Nie jestem na niego zła, ale jest mi wstyd. Zasłużyłam sobie na taką reputację, a mimo to Nathan mnie obronił, wstawił się za mną, choć nikt tego nie robił. Chciałam mu podziękować, ale…było mi głupio.
         Łzy zabłyszczały w jej oczach, a ja szybko ją przytuliłam. Na szczęście mnie nie odepchnęła.
         -Nie jesteś dziwką, Aly.
         -Jestem!- zaszlochała.- Było mi smutno, bo nabijali się, że jestem kujonką. Zaczęłam się puszczać, bo myślałam, że przez to będę popularna i fajna. No i na początku tak było, ale potem…
         -Ciii, nie myśl o tym. Tak było kiedyś, ale możesz zacząć wszystko od nowa.
         -Jak?
         -Najpierw musisz otworzyć się na ludzi, tak jak teraz przede mną. Musisz być sobą. Ja ci pomogę.
         Nie rzucałam tych słów ot tak sobie. Wiedziałam, że to może być początek pięknej przyjaźni. Musiałam jeszcze tylko zmienić jakoś reputację Aly, a to mogło okazać się bardzo trudne.



Shane

         -Już zasnął?- zdziwiłem się.
         -Tak, chyba dałam mu dziś wycisk.- powiedziała z uśmiechem Katherine.
         -Może mi też dałabyś wycisk?- zapytałem z arogancki uśmieszkiem.
         Dziewczyna chwyciła jedną z poduszek i cisnęła we mnie.
         -Ej!- krzyknąłem, rozkładając ręce.
         -Chyba powinnam wracać już do domu.
         -A może zostałabyś trochę dłużej? Obejrzymy jakiś film…Dreak się nie dowie.
         Zbiłem ją z tropu. Zmarszczyła brwi.
         -Dlaczego myślisz, że nie chcę zostać z jego powodu?
         -Widzę, że się go boisz.- zacząłem powoli, nie chcąc jej zdenerwować.- I nie umiesz kłamać, Katherine.
         Na szczęście na mnie nie nakrzyczała. Usiadła obok mnie i spojrzała w moje oczy, a ja mogłem się nacieszyć jej bliskością, jej zapachem, widokiem jej zielono-brązowych tęczówek, malinowych ust…
         -To aż tak widać?- zapytała cicho.
         Pokiwałem głową.
         -Może inni tego nie widzą, ale ja tak. Zauważyłem to już na początku, chciałem być blisko ciebie…
         -Chciałeś być blisko mnie?
         -Tak. W końcu Dreak to dziwny typ. Ale i tak ma cię w swoich łapskach.
         Nie odpowiedziała mi od razu, a ja czułem, że zaraz wybuchnę. Chciałem jej w tamtej chwili powiedzieć wszystko, co leżało mi na sercu.
         -Nie powinno być ci z tego powodu przykro. W końcu jesteś z Lisą…
         -Nie jesteśmy ze sobą i nigdy nie byliśmy! A ta akcja w twoim pokoju…ja tego nie chciałem!
         -To już nie ważne, nie musisz mi się tłumaczyć Shane.
         -Muszę. Muszę, bo zależy mi na tobie.
         W jej oczach zabłyszczały łzy, miała lekko rozchylone wargi, a jej policzki lekko się zaróżowiły. W życiu nie widziałem czegoś piękniejszego.
         -W takim razie jest coś, o czym musisz wiedzieć, Shane. Musisz wiedzieć, dlaczego jestem z Dreakiem.
         Po jej policzkach popłynęły łzy. Otarłem je łagodnie kciukiem.
         -Mów, nic ci nie grozi.
         -On stwierdził, że chodząc ze mną zrobi ci na złość. Że będzie miał coś, czego ty nie masz.
         -To żadna nowość. Przeze mnie nie jest już kapitanem, o mało nie wyleciał z drużyny. Ale dlaczego się zgodziłaś?
         -Bo on coś na mnie ma.
         -Co?
         Ledwo zadałem to pytanie, a Katherine zaczęła się lekko trząść. Zauważyłem, że na rękach wyszła jej gęsia skórka.Czekałem. 
         -Dreak…on…on wie coś, czego inni nie wiedzą.
         Zaczęła się trząść jeszcze mocniej, a ja już nie mogłem nad tym zapanować. Czułem, że to co za chwilę mi powie, mocno mną wstrząśnie. 
         -Zostałam zgwałcona. 












***
Co się będę rozpisywać... oceńcie w komentarzu, bardzo zależy mi na waszej opinii. Do zobaczenia w następną sobotę! 


.